3 SMOKI: ZAKAŻENIA, ZATRUCIA, ALERGIE
 
 



 
 
 

miesięcznik "Świat Konsumenta"
listopad 2006r., Nr 11 (60), str. 42-43
Strona Hałata

DE MINIMIS

Jedna z zasad prawa rzymskiego przyjmuje, że prawo nie interesuje się o drobiazgami. W zdrowiu publicznym zasada DE MINIMIS NON CURAT LEX ma zastosowanie w odniesieniu do oceny ryzyka, czyli wspartego naukowo procesu składającego się z czterech etapów: identyfikacji zagrożenia, charakterystyki niebezpieczeństwa, oceny ekspozycji i charakterystyki ryzyka. Poziom ryzyka de minimis jest zbyt mały, aby się nim przejmować. Z tego powodu liczne substancje wprowadzane do obrotu jako domieszki wody wodociągowej i butelkowanej, składniki żywności i napojów oraz ich opakowań, kosmetyków, chemii gospodarczej, zabawek i wózków dla dzieci, mebli i innych przedmiotów wyposażenia mieszkań, materiałów budowlanych i wykończeniowych, a także całej reszty przedmiotów będących źródłem skażenia człowieka uznaje się za raczej (właściwie, faktycznie, w gruncie rzeczy, w istocie) bezpieczne. Ciesząc się tym statusem rozmaite substancje czy to pochodzenia naturalnego, czy też będące produktem syntezy chemicznej, uchodzą uwadze twórców i egzekutorów prawa sanitarnego, a konsumenci pozostają z błogim przekonaniem, że RACZEJ nic im nie zagraża. 

Wśród wielkiej liczby substancji dozwolonych jako dodatki do żywności i napojów prym wiodą aromaty. Ich rejestr prowadzony przez Komisję Europejską liczy 2 748 pozycji, z czego odnośnie 354 pozycji nie wpłynęły dotychczas żadne informacje z przemysłu spożywczego. Wśród aromatów dopuszczonych w Unii Europejskiej do spożycia pomimo braku danych o ich wpływie na zdrowie człowieka znajduje się 17 węglowodorów alifatycznych i aromatycznych. Są to: limonen, delta-kadinen, 2-metyl-1,3-cykloheksadien, beta-farnesen, l-limonen, 4(10)-tujen, (1-metyletyl)benzen, (R)-5-(1-metyletyl)-2-metyl-1,3-cykloheksadien, 3-okten, 1,3,5,8-undekatetraen, 1-okten,2-okten, heksadekan, 4-okten, oktadekan, heptadekan, 3,7-dekadien. Nawet nie wiadomo kiedy konsumenci dowiedzą się, czy doznania wspaniałego owocowego smaku i zapachu pochłanianej dzień w dzień wielkiej masy zaprawionych aromatami jogurtów, lodów i innych deserów popijanych litrami aromatyzowanej wody będą okupione zmartwieniem o udział tych smakowitości w rozwoju chorób, które dla każdego lekarza są oczywistym następstwem wieloletniego narażenia na niskie dawki substancji mutagennych, kancerogennych i teratogennych. Do tego dochodzą aromaty genetycznie zmodyfikowane lub  wyprodukowane z substancji genetycznie zmodyfikowanych. Jak na razie konsumentów i ich lekarzy przed stresem chroni niewiedza, bowiem etykiety na produktach spożywczych zawierają nic nie mówiące określenie "substancje smakowo-zapachowe”.

Na straży obowiązującej praktyki zatajania informacji o rzeczywistym składzie żywności i napojów stoi nadal niepokonana siła producentów żywności przetworzonej. W celu poszerzenia stosowania zasady de minimis rozwijany jest koncept progu toksykologicznego niepokoju (threshold of toxicological concern – TTC). W ramach światowej sieci naukowców, którzy przedstawiają się jako osoby oddane wzmacnianiu naukowych podstaw podejmowania decyzji w zakresie zdrowia publicznego, zwanej International Life Sciences Institute (ILSI) powstała nawet Grupa Zadaniowa ds. Progu Toksykologicznego Niepokoju. W skład tej grupy wchodzą przedstawiciele następujących koncernów sektora spożywczo-chemicznego: Coca-Cola, Dow Europe, DSM Nutritional Products (dawniej Roche Vitamins), Grupa  Danone, Nestlé i Suedzucker. Ich zadaniem jest wybrnąć z trudnego dylematu: co tu zrobić w sytuacji, w której z jednej strony badania na zwierzętach laboratoryjnych dostarczają ścisłych dowodów na potencjał toksykologiczny substancji dodatkowych do żywności, a z drugiej – brak danych dotyczących ludzi, które wskazywałyby na ryzyko zdrowotne. Próg toksykologicznego niepokoju jest zasadą, która zakłada istnienie progu ekspozycji człowieka na większość chemikaliów, poniżej którego istnieje bardzo niskie, nieistotne prawdopodobieństwo jakiegokolwiek ryzyka dla zdrowia człowieka. Pomysłodawcy mają nadzieję, że szeroka akceptacja ich konceptu nie dopuści do prowadzenia badań toksyczności i ocen bezpieczeństwa tych chemikaliów, które uzna się za nieprzekraczające progu toksykologicznego niepokoju. I o to właśnie chodzi osobom „oddanym wzmacnianiu naukowych podstaw podejmowania decyzji w zakresie zdrowia publicznego”. Wystarczy nie dostrzec danych, które wskazują na ryzyko zdrowotne ponoszone przez konsumentów, aby wyeliminować możliwość prowadzenia badań zagrażających kompromitacją, odszkodowaniami i utratą rynku. 

Z tym większą nadzieją należy powitać europejski system REACH (Registration, Evaluation, Authorisation of CHemicals), czyli pakiet legislacyjny zakładający obowiązkową rejestrację substancji chemicznych, ocenę dokumentacji technicznej oraz ocenę substancji, udzielanie zezwoleń na wykorzystywanie substancji do produkcji i obrotu. Wymagany w ramach rejestracji zakres danych będzie wprost proporcjonalny do poziomu obrotu tonażowego i ryzyka, jakie dana substancja stwarza dla zdrowia lub dla środowiska. Ocena dokumentacji będzie dotyczyła wszystkich proponowanych badań i testów m.in. na zwierzętach, a drugi rodzaj oceny obejmie substancję, co do której władze mają uzasadnione powody do podejrzeń, że stwarza ona ryzyko dla zdrowia lub dla środowiska. Substancje ocenione jako negatywnie oddziaływujące na zdrowie lub na środowisko będą wymagały zezwoleń wydawanych przez Komisję Europejską na wprowadzanie do obrotu w wybranych kierunkach wykorzystania. Dotyczy to substancji rakotwórczych,  mutagennych i o szkodliwym działaniu na rozrodczość, trwałych, zdolnych do bioakumulacji i toksycznych oraz ewentualnych innych substancji o porównywalnej szkodliwości dla człowieka lub dla środowiska. Zezwolenie na wykorzystywanie substancji zostanie udzielone, jeśli ryzyko wynikające z jej użytkowania będzie odpowiednio kontrolowane. W przeciwnym przypadku Komisja zbada czy możliwe jest zastosowanie bardziej bezpiecznego zamiennika substancji. 

Bajeczna użyteczność masy łatwo dostępnych produktów czyni konsumenta ślepym na rozpoznawalne przez niego samego skutki zagrożeń zdrowia ze strony chemikaliów i głuchym na argumenty lekarzy nawołujących do ograniczenia lawinowo narastającej ekspozycji na czynniki szkodliwe, w szczególności te, z którymi wcześniej ludzie nie mieli do czynienia, a więc zaprojektowane w laboratoriach i wprowadzone do obrotu handlowego z reguły bez miarodajnych ocen oddziaływania na zdrowie człowieka i środowisko. 

Genialne możliwości użytkowe i wygoda użytkowania, walory estetyczne i organoleptyczne oraz dostępność cenowa zdobyczy współczesnej cywilizacji technicznej pozostawiają daleko w tyle niepokój oparty o nagi fakt: jesteśmy obiektami eksperymentów toksykologicznych na masową skalę. 

Jako konsumenci za własne pieniądze bierzemy ochotniczo udział w eksperymentach na ludziach. Do doświadczeń z truciznami oddajemy także naszą przyszłość – dzieci, wnuki, prawnuki, praprawnuki i dalsze pokolenia. Uzyskanie oficjalnej zgody na eksperyment toksykologiczny na dziecku jest z oczywistych powodów niemożliwe. W tym samym czasie miliardy dzieci już w łonach matek otrzymują szkodliwe dawki chemikaliów, które medycyna zalicza do trucizn uwalnianych na przykład z kosmetyków (ftalany). 

Słusznie walcząc z uprawianym w laboratoriach okrucieństwem wobec zwierząt, równocześnie kupujemy doraźnie ułatwiające nam życie chemikalia i przez to skazujemy na straszne cierpienia nam najbliższych domowych przyjaciół, zwierzęta hodowlane, wreszcie te, które mając wybór, trzymają się od nas z daleka i żyją w dzikiej przyrodzie. Zamilkły śpiew kanarka w kopalni ostrzegał górników przed śmiertelnym zagrożeniem metanem. Rak zabijający nasze psy, niedobory odporności dziesiątkujące produkty fabryk mięsa, czy wreszcie narastające tempo wymierania gatunków zwierząt i roślin ostrzegają nas wszystkich przed zalewem świata wszechobecnymi chemikaliami, które zostały nagle oddane konsumentom do beztroskiego użytkowania. 

Analogia z lekceważeniem przed zaledwie stu laty następstw promieniowania jonizującego jest uderzająca. Dzisiaj, z wyjątkiem propagatorów zubożonego uranu i energetyki jądrowej, każdy przyznaje się do obaw przed  zagrożeniami zdrowia ze strony skażenia radiacyjnego. Skażenie chemiczne jeszcze czeka na debatę publiczną nad bilansem korzyści i strat z nim związanych. 

Biorąc pod uwagę rozgrywające się na naszych oczach gwałtowne ruchy prawno-organizacyjne  zmierzające do skutecznej eliminacji w wielu krajach świata zagrożeń zdrowia ze strony dymu tytoniowego i azbestu, należy się liczyć z podobnymi działaniami w stosunku do każdego kolejnego czynnika, którego szkodliwość będzie uznana za niemożliwą do zaakceptowania przez opinię publiczną. Należy obawiać się, że rozwój spraw będzie przebiegał raczej według scenariusza „tytoniowego” a nie „azbestowego”. Korumpowanie naukowców, polityków, urzędników, sędziów, działaczy organizacji pozarządowych, dziennikarzy, lekarzy i nauczycieli jest warunkiem powodzenia rynkowego handlarzy śmiercią dużo bardziej skutecznym niż rozmiękczanie konsumentom mózgów za pomocą reklam i chwytów marketingowych. 

Aktualny stan wiedzy medycznej w zakresie wpływu zanieczyszczeń chemicznych na występowanie chorób człowieka pozwala pogrupować chemikalia według siły ewidencji naukowej związków przyczynowo-skutkowych pomiędzy narażeniem na te chemikalia a wywoływanymi przez nie chorobami. Ze swej strony zawsze przy tym podkreślam potrzebę uwzględnienia:
1. zjawiska synergizmu oddziaływania chemikaliów (niezależnie od ich pochodzenia i wrót wnikania do organizmu), które uzupełniają się nie tylko dodając, lecz także potęgując swoją szkodliwość
2. konkurowania chemikaliów o te same ścieżki metaboliczne, co skutkuje obciążeniem chemicznym organizmu nie do udźwignięcia przez człowieka w jego fizjologicznej fazie wzrostu lub starzenia się, a tym bardziej w warunkach wszelkiej, nawet słabo zaznaczonej, patologii
3. rozwoju technik i procedur badawczych, które z dnia na dzień wprowadzają zasadnicze zmiany w zakresie oceny ryzyka chemikaliów, z reguły ujawniając ich wcześniej nie rozpoznawaną szkodliwość

W moim przekonaniu kluczem do ochrony zdrowia ludzi przed szkodliwymi chemikaliami jest wyniesienie wiedzy medyczno-prawnej konsumentów na poziom choćby zbliżony do świadomości mieszkańców zwykle świadomych zagrożeń ekologicznych i starających się z nimi rozprawić. 

 
dr Zbigniew Hałat, lekarz specjalista epidemiolog
w latach 90. w trzech kolejnych rządach główny inspektor sanitarny i zastępca ministra zdrowia ds. sanitarno-epidemiologicznych
Prezes Stowarzyszenia Ochrony Zdrowia Konsumentów

Chemikalia powodują raka piersi?

Przegląd Tygodniowy, 8. grudnia 2003r.

Paulina Nowosielska
Marek Chmielewski z Instytutu Chemii Przemysłowej PAN

Człowiek w świecie chemii

Rakotwórcza patelnia i wykładzina, uczulająca szminka i prezerwatywa, 
pomidor i mleko z miesięcznym terminem ważności 

Mleko, śmietanka, cukier, polirycynolenian poliglicerolu i glicerol. To jogurt. Mięso wieprzowe, białko roślinne, skrobia modyfikowana E 1422, substancja konserwująca E 250, stabilizator E 452, substancja zagęszczająca E 407, przeciwutleniacz E 301, substancja wzmacniająca smak E 621 - to szynka konserwowa. Skład kremu czy szamponu to cała lista groźnie brzmiących związków chemicznych. 
Jeszcze sto lat temu nauka znała około 2 mln związków chemicznych. Teraz blisko 15 mln. Co roku na świecie przybywa 600 kg fachowej literatury chemicznej. I coraz głośniej mówi się o postępującej chemizacji naszego życia i jej opłakanych skutkach. Objawy chorób alergicznych stwierdza się już u 30-35% Europejczyków. Tylko w ciągu ostatnich dziesięciu lat liczba chorych zwiększyła się aż o 5-7%. Winne są zanieczyszczenie środowiska i wszechobecna chemia w swej najgorszej postaci - bez wątpliwości twierdzą lekarze. Od alergii tylko krok do astmy, na którą choruje w Polsce ponad 4 mln osób. Albo do przewlekłej obturacyjnej choroby płuc, która jest na czwartym miejscu wśród najczęstszych światowych zabójców. 
- Akryloamid stosowany przy produkcji frytek czy chipsów, formaldehyd (aldehyd stosowany m.in. jako konserwant i środek przeciwbakteryjny) w wykładzinie. To są substancje rakotwórcze. Jeśli nie zaczniemy działać, czeka nas fala nowotworów - alarmuje z kolei dr Zbigniew Hałat, prezes Stowarzyszenia Ochrony Zdrowia Konsumentów. 
O tym, czy tak będzie, przekonamy się na własnej skórze. Na razie pewne jest, że przyzwyczailiśmy się już do stałej dawki chemicznego smrodku. Dla mieszczuchów spacer po lesie to szok tlenowy. Najlepiej przysunąć się na chwilę do rury wydechowej, a szybko minie. 
Ale z drugiej strony, chemia to doskonałe narzędzie w rękach człowieka, tylko nie wszyscy zapoznali się z instrukcją obsługi. - Nie dalej niż sto lat temu średnia życia w Europie niewiele przekraczała 40 lat. Teraz wzrosła, w Japonii nawet do znacznie powyżej 80 lat dla kobiet. Bez farmaceutyków, nawet tych uważanych obecnie za najprostsze, nigdy by się to nie udało. Mimo że produkcja aspiryny czy antybiotyków jest rzeczywiście uciążliwa dla otoczenia - mówi prof. Janusz Jurczak z Wydziału Chemii UW. 
- Albo produkcja roślinna. Proszę sobie wyobrazić, że nie mamy 30 kwintali z hektara pszenicy, ale znacznie mniej. I co wtedy? Na świecie zapanowałby straszliwy głód! - dodaje prof. Marek Chmielewski. Przyznaje jednak, że jest wielu nieuczciwych producentów, którzy faszerują żywność i kosmetyki, czym się da. 

Cierpieć dla urody 

Piękności z minionych epok używały rtęci w mazidłach do ust i ołowiu w bielidłach na policzki. Jak można być tak nierozważnym - pytamy dziś ze zdziwieniem. Ale jaką mamy gwarancję, że za kilka lat nie przyjdzie nam słono płacić za obecne nowinki kosmetyczne? 
- W najbardziej nawet ekskluzywnych kosmetykach, kremach i emulsjach, występują ftalany (pochodne kwasu ftalowego, stosowane m.in. w tworzywach sztucznych). Gdy ich stężenie w organizmie kobiety jest za duże, może doprowadzić do uszkodzenia jąder rozwijającego się płodu. W konsekwencji dorosły już mężczyzna ma problemy z płodnością - mówi Zbigniew Hałat. 
Nawet pozornie niegroźne kosmetyki powodują bardzo ostre alergie. Młoda kobieta skarży się, że skóra twarzy swędzi ją, pali i jest bardzo napięta. Na pytanie, jakich kosmetyków używa, zaczyna wyliczać: kremy nawilżające, przeciwzmarszczkowe, z filtrami UV, podkład pod makijaż, puder, tonik i mleczko do demakijażu. W sumie z tuzin najróżniejszych specyfików - pokaźne laboratorium chemiczne. 
Najczęściej kosmetyki zaczynają szkodzić skórze z czasem, czyli wtedy gdy zostaną zanieczyszczone produktami rozkładu zawartych w nich środków konserwujących. Ale też właściwe składniki preparatów kosmetycznych mogą się utleniać do związków powodujących problemy dermatologiczne. Dlatego kosmetyki starsze niż trzy miesiące powinno się bezwzględnie wyrzucać. 
Zdaniem lekarzy, najgorsze są kosmetyki zawierające silnie działające substancje powierzchniowo czynne. Czyli takie, które rozpuszczają warstwę lipidową na skórze (np. aceton, izopropanol, etanol, sulfarokanole). Szorowanie ciała silnymi mydłami przynosi więcej szkody niż pożytku - alarmują dermatolodzy i ginekolodzy. Pozbawiona swej naturalnej ochrony skóra łatwiej ulega zakażeniu, nawet grzybicą. 
Jeszcze gorzej jest w przypadku płynów do mycia naczyń, proszków do prania, wybielaczy itp., które z założenia mają rozpuszczać tłuszcze i smary. "Usuwają nawet uporczywe plamy", chwalą się producenci. Ale wystarczy spojrzeć na ręce gospodyni domowej, żeby zobaczyć, ile krzywdy mogą wyrządzić takie rewelacje. Skóra pozbawiona ochrony szybko się wysusza, pęka, łatwiej ulega poparzeniom. Nie wspominając już o tym, że wygląda po prostu brzydko. 
Jednak zdaniem chemików, uczłowieczona chemia w nowoczesnych kosmetykach nie jest groźna i może dawać cudowne rezultaty. - Świat idzie do przodu, co jakiś czas znajdujemy coś lepszego. Nie ma w tym nic złego, że jedne kremy zastępujemy drugimi, nowszymi. Światowe wymagania są coraz bardziej surowe. Zarówno jeśli chodzi o leki, jak i kosmetyki - przypomina prof. Marek Chmielewski. 

Lycra twoją drugą skórą 

Do niedawna pokutował stereotyp, że wygodne i ekologiczne są tylko naturalne włókna. A gdy któraś kobieta chciała koniecznie cierpieć dla urody, wbijała się w syntetyczne ciuchy. Tymczasem to właśnie produkcja bawełny jest bardzo uciążliwa dla środowiska. Pochłania niesamowite ilości energii, o tonach środków ochrony roślin nie wspominając. Inna sprawa, że współczesne włókna syntetyczne są coraz doskonalsze i coraz bardziej upodabniają się do swych naturalnych odpowiedników. Skąd więc te wszystkie uprzedzenia? - Bo nawet najładniejszą syntetyczną bielizną nie zastąpi się sprawdzonej bawełny. Organizm człowieka, szczególnie kobiety, jest bardzo wrażliwy. A o chemiczne alergeny w syntetycznych ubraniach nie jest trudno - mówi dr Grzegorz Południewski, ginekolog. Właśnie przyszła do niego pacjentka, młoda kobieta w ciąży. Okazało się, że jest uczulona na materiały syntetyczne. - No i mamy problem, bo takie alergie w czasie ciąży często się nasilają, a lekowe manewry w tym stanie są mocno utrudnione. 
Koszula ciału najbliższa - parafrazując stare polskie przysłowie. Gorzej, gdy po kilku godzinach w ulubionej bluzce czujemy się niczym ofiary Dejaniry. Dermatolodzy i ginekolodzy są zgodni - syntetyczne włókna i barwniki mogą uczulać. Słynna lycra (czyli poliester), włókna poliamidowe, anilana (czyli sztuczna wełna) i wszelkiego rodzaju koloryzatory (związki dwuazowe, z reguły pochodne aniliny). Na efekt nie trzeba długo czekać. Podrażniona skóra, szczególnie wrażliwe okolice pachwin. I stany zapalne, które czasem leczy się tygodniami. - Dlatego najlepsze są białe bawełniane majtki. Przewiewne, naturalne i najmilsze dla ciała - przekonuje dr Południewski. 

Pierwiastek nałogu

Każdy kieliszek wódki, wypalony papieros, skręt czy wstrzyknięta heroina to dla ludzkiego organizmu potężna dawka toksycznych związków chemicznych o najróżniejszej strukturze. Wyzwalają lawinę chemicznych i elektrycznych reakcji łańcuchowych. Wszystkie te procesy łączy jedno zjawisko - w reakcji na pojawienie się we krwi "dopalacza" wzrasta w mózgu poziom dopaminy - neuroprzekaźnika. W naturalnych warunkach jego poziom podskakuje po gorącym pocałunku albo zjedzeniu ulubionego ciastka. Czujemy się przyjemnie podnieceni i powoli, lecz nieubłaganie wpadamy w szpony nałogu. 
Według danych Światowej Organizacji Zdrowia, na świecie jest ponad 1,1 mld palaczy - to około jednej trzeciej globalnej populacji w wieku powyżej 15 lat. Rocznie z tego powodu umiera 3,5 mln osób, 10 tys. każdego dnia. Dym tytoniowy jest mieszaniną blisko 4 tys. związków chemicznych. Zagrażają nie tylko palaczowi, ale i jego najbliższemu otoczeniu, bo ponad 400 jest obecnych nawet w wydychanym przez palacza powietrzu. Ostatnie badania wykazały też olbrzymi wpływ papierosowej chemii na płodność oraz stan zdrowia noworodka. Okazało się, że noworodki matek palących w czasie ciąży są średnio o 150-300 g lżejsze, a potem gorzej od swoich rówieśników rozwijają się fizycznie i psychicznie. 
Z chemicznego punktu widzenia ten gryzący oddech to m.in. tlenek węgla, tlenki azotu, amoniak, cyjanowodór, węglowodory, ketony, aminy, nikotyna, kotynina, wolne rodniki, fenole, alkohole, kwasy nieorganiczne i jeszcze kilka pierwiastków promieniotwórczych. Najgroźniejszy jest benzopiren, który bije na głowę wszystkie znane substancje rakotwórcze. To przez niego komórki zaczynają się mutować w zastraszającym tempie, a nasz organizm staje się zupełnie bezbronny. 
Zdaniem naukowców, wyroby tytoniowe są przyczyną ponad 20 chorób lub grup schorzeń. A sam dym z papierosa powoduje 14 nowotworów - m.in.: płuc, krtani, gardła, przełyku, jamy ustnej, miedniczek nerkowych, pęcherza moczowego i trzustki. Znajduje się też w grupie podejrzanych oskarżanych o nowotwory żołądka, nosa, wargi, miąższu wątroby, a nawet białaczkę. Badania przeprowadzone w Warszawie na populacji osób w wieku 21-79 lat pokazały, że 20% wszystkich stwierdzonych nowotworów żołądka było związanych z paleniem tytoniu. 

Wróg atakuje z powietrza 

Winę za choroby płuc ponosi nie tylko dym papierosowy, ale i powietrze, którym oddychamy. Lekarze już teraz uczulają pacjentów w zaawansowanym stadium przewlekłej obturacyjnej choroby płuc, by pilnie śledzili prognozy pogody, a szczególnie informacje o wzroście stężenia substancji chemicznych w powietrzu. Gdy jest wysokie, najlepiej w ogóle nie wychodzić z domu. 
- W Polsce ciągle działa 1460 zakładów, które emitują uciążliwe zanieczyszczenia powietrza, a nie mają wytyczonej strefy ochronnej. W praktyce sprowadza się to do tego, że mogą działać w gęsto zaludnionym mieście - mówi Zbigniew Hałat. - Weźmy mieszkańców Śląska. Ze względu na olbrzymią zawartość ołowiu w powietrzu tamtejsze dzieci są narażone na uszkodzenia mózgu. Poza tym w okolicach Łodzi czy na Śląsku średnia życia kobiet jest krótsza o prawie 1,5 roku w porównaniu z resztą kraju. Nie chodzi o ciężko pracujących górników, ale o kobiety! 
Inny truciciel powietrza to spaliny. W ostatnich 50 latach liczba samochodów na świecie kilkakrotnie wzrosła. Tlenek węgla, dwutlenek węgla, tlenki azotu, benzen, aldehydy, dwutlenek siarki, 1,3-butadien, wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne - tak wygląda z punktu widzenia chemika dym wyrzucany z rur wydechowych. 
Dla przeciętnego warszawiaka czy krakowiaka to codzienny smrodek, do którego zdążyli już przywyknąć. Ale lekarze biją na alarm! Bo spacerując Marszałkowską albo Świętokrzyską w godzinach szczytu, możemy nabawić się astmy oskrzelowej lub zapalenia oskrzeli. W najlepszym wypadku może się okazać, że nasz organizm stał się zupełnie bezbronny. I chociaż nigdy wcześniej nie mieliśmy alergii na kurz domowy czy sierść zwierząt, teraz płaczemy i kichamy bez końca. Wszystko przez spaliny, które działają niczym katalizator dla reakcji alergicznych. 
- Postępujące zanieczyszczenie środowiska wymusza tworzenie nowych norm, zastanawiamy się nad dokładniejszymi badaniami. Szczególnie dotyczy to stanowisk pracy, gdzie pracownik jest narażony na coraz bardziej skomplikowaną chemię. W samym środowisku pracy jest ponad 200 związków chemicznych. W zakładzie przemysłowym można mieć do czynienia z niebezpiecznymi substancjami, chociażby z pyłem czy włóknami azbestowymi - wylicza Anna Jarońska z Zespołu Zagadnień Ogólnych, Ochrony Zdrowia i Środowiska Polskiego Komitetu Normalizacyjnego. - W tej chwili rozwijającą się dziedziną jest badanie gleb. Wcale nie tych uprawnych, ale na przykład powierzchni pod place zabaw dla dzieci. Powstał nawet Europejski Komitet Techniczny ds. Jakości Gleby. To właśnie efekt chemizacji środowiska. 

Nici z przyjemności 

Ile par musiało zrezygnować z miłosnych uniesień, gdy w kulminacyjnym momencie okazywało się, że ona lub on są uczuleni na prezerwatywę? Takich statystyk na razie nie ma, choć wiadomo, że lateks i jego pochodne mogą wywoływać natychmiastową i gwałtowną reakcję. Od połowy lat 80., czyli od czasu gwałtownego rozprzestrzenienia się epidemii HIV i AIDS, zapotrzebowanie na wyroby z lateksu gwałtownie wzrosło. I nie chodzi tylko o prezerwatywę. W 1987 r. w USA weszło w życie rozporządzenie zobowiązujące wszystkich pracowników tamtejszej służby zdrowia do używania rękawiczek ochronnych. Teraz rocznie zużywa się tam ok. 7 mld par! I to jest właśnie poważny problem zdrowotny. Bo okazało się, że nawet 12% pracowników służby zdrowia, 55% chorych z rozszczepem kręgosłupa (ci chorzy wymagają szczególnie wielu operacji, stąd częsty kontakt z lateksem) i ponad 10% osób zatrudnionych w przemyśle gumowym jest uczulonych na lateks. Mechanizm działania jest prosty. W krwiobiegu osoby uczulonej pojawia się określony typ przeciwciał alergenów lateksu. Pierwszymi objawami są zapalenie skóry na rękach, pokrzywka, zapalenie błony śluzowej nosa i spojówek. 
I nagle okazuje się, że potencjalne zagrożenie czyha na nas w każdym kącie mieszkania. Bo domieszki lateksu są wszędzie. W opaskach uciskowych, taśmach klejących, bandażach elastycznych, prezerwatywach, dopochwowych krążkach antykoncepcyjnych, balonach, artykułach sportowych. I w wesołych lateksowych ciuszkach. Problem mogą mieć też gospodynie domowe. Bo o ile sam lateks może być niegroźny, to w zestawieniu ze środkami usuwającymi tłuszcze i smary może powodować rumień, pękanie i łuszczenie się skóry, pęcherzyki urastające czasem do gigantycznych bąbli - leczenie tych objawów ciągnie się tygodniami. 

Patrz pod widelec! 

Przeciętny Kowalski na własnej skórze może sprawdzić, czym jest karmiony. Kilka lat temu mieliśmy pleśniowe lato. W serkach homogenizowanych pewnej firmy masowo pojawiały się mechate plamki. Po tej wpadce producent dorzucił więcej benzoesanu sodu i serek jest już kremowobiały. Tylko czy to dla nas lepiej? 
Żywność jest produkowana na skalę masową. Jakby tego było mało, warzywo coraz częściej musi być określonej długości, grubości i koloru, no i powinno przeleżeć w niezmienionym stanie jakiś czas, zanim trafi na stół. Kawały o japońskich jabłku i marchewce, które przeleżą kilka tygodni bez jednej zmarszczki, nie powinny nas już śmieszyć. Lepiej zastanówmy się, co jest w surówce, którą zamierzamy właśnie zjeść. I dlaczego mleko, które pijemy na śniadanie, może stać w lodówce przez kilka tygodni? 
Żywność jest przede wszystkim wskaźnikiem chemicznego zanieczyszczenia środowiska. Azotany i azotyny, niektóre pestycydy (np. DDT), radionuklidy stwarzają szczególne niebezpieczeństwo dla organizmu. Nawet tak ważny dla człowieka pierwiastek jak fosfor wymaga sporej uwagi, jeżeli miałby być dodawany do żywności w określonym celu. Jako kwas fosforowy, fosforany lub polifosforany. 
Rozporządzenie ministra zdrowia z 17 marca 2003 r. określa "maksymalne dopuszczalne ilości dozwolonych substancji dodatkowych w gotowych do spożycia środkach spożywczych przygotowanych według instrukcji producenta". I jeszcze jedna informacja: "Dozwolone substancje dodatkowe nie mogą być stosowane w celu wprowadzenia konsumenta w błąd co do jakości produktu". Z kolei rozporządzenie ministra rolnictwa i rozwoju wsi z 16 grudnia 2002 r. nakłada na producenta obowiązek informowania o składnikach występujących w środkach spożywczych. Czyli prawo jest. Skąd biorą się wątpliwości? 
- Trzeba pamiętać, że polskie normy nie są obowiązującym prawem. To raczej pewne zalecenia, do których można się dostosować - tłumaczą w Zespole Chemii, Rolnictwa i Żywności Polskiego Komitetu Normalizacyjnego. - Co z tego, że mamy normę na suchą krakowską, w której nie dopuszcza się stosowania określonych ekstraktów, tylko naturalne składniki? Wielu producentów i tak robi swoje. I zamiast naturalnego produktu mamy jakąś mieszaninę spożywczo-chemiczną. 
- 10% producentów stale zawyża ilość środków konserwujących w swoich produktach - potwierdza Zbigniew Hałat. - Żeby ukrócić ich działania, przydałby się surowy system kontroli. A tego ciągle brakuje. Poza normami unijnymi powinniśmy przyjąć model szwedzki, czyli wprowadzić dodatkowe zaostrzenia przepisów dotyczących stosowania środków chemicznych. Przydałyby się szybkie decyzje, bo w naszej diecie jest stanowczo za dużo fosforanów. Wiążą wapń i w konsekwencji mogą prowadzić do osteoporozy. Tego możemy się nabawić, jedząc szynkę z puszki, bo lity kawał mięsa jest bez porównania droższy od czegoś naszpikowanego wypełniaczami, substancjami smakowymi i konserwantami. 
- Konserwantem w żywności najczęściej jest benzoesan sodu. Używały go jeszcze nasze babcie w połowie XIX w. Tylko nie wiedziały, że tak się nazywa. A niedawno przeczytałem, że jest szalenie toksyczny. Oczywiście, jest jakiś związek przyczynowo-skutkowy, ale nie można popadać w paranoję - mówi prof. Marek Chmielewski. - Jak często kiedyś jadło się świeże mięso? Bardzo rzadko. Nie było lodówek, nie było konserwantów. A jeśli gdzieś w końcu dostało się kawałek mięsa, to już nieco pachnącego. 
Jednak lekarze alarmują, że konserwanty odpowiadają za coraz częstsze i coraz groźniejsze przypadki niewydolności krążenia. Bo zawierają sól, która zatrzymuje wodę, a nasz organizm staje się coraz bardziej przeciążony. 
Kanadyjscy naukowcy zauważyli niedawno, że teflon, którym pokrywa się patelnie, podczas ogrzewania rozkłada się do TFA - kwasu trifluorooctowego. W dużym stężeniu to bardzo silna trucizna. I choć sprawa dotyczy ponoć tylko teflonu gorszej jakości (czyli o mniejszej zawartości fluoru), jednak warto zadumać się chwilę nad kiełbaską z patelni, do której nic nie przywiera. Podobnie gdy chcemy posmarować chleb margaryną. W procesie produkcyjnym do utwardzania tego rodzaju tłuszczy używa się między innymi niklu - metalu, który może kumulować się w naszym organizmie. A w dużych stężeniach ma silne działanie toksyczne. Ile w tym prawdy? 
- Swojego czasu nawet o cukrze mówiło się, że sacharoza to biała śmierć. Na szczęście my nie słodzimy - żartuje prof. Janusz Jurczak. - Za moich młodych lat najbardziej popularnym rozpuszczalnikiem był benzen, teraz rozpoznany jako silnie kancerogenny. A używaliśmy go dosłownie litrami. Bywało, że polał się po dłoniach. Powstawały suche zacieki, potem człowiek je natłuszczał. I jakoś żyjemy. Odpukać. 
- Współczesna żywność to sama chemia? Trzeba jeść ekologicznie? Tak, to znakomity pomysł. Najlepiej wydzielić sobie poletko, nawozić je tylko nawozem naturalnym. Tyle że obok biegnie szosa, którą jeżdżą dziesiątki samochodów. Już tak kiedyś było, mieliśmy mleko prosto od krówki, która pasła się przy drodze i dawała ołowiane mleczko - podsumowuje prof. Marek Chmielewski. 

Cena rozwoju 

Kilka miesięcy temu naukowcy z Wielkiej Brytanii poddali szczegółowym badaniom 155 ochotników, w tym unijną komisarz ds. środowiska, Margot Wallstrom. Na podstawie analizy krwi okazało się, że każdy z nich nosił w sobie mieszankę wybuchową potencjalnie groźnych chemikaliów. U jednej osoby znaleziono aż 49 takich substancji, a 99% badanych miało we krwi produkty przemiany groźnego dla zdrowia pestycydu DDT. 
- Chemię trzeba stosować racjonalnie. Pojawiają się coraz lepsze pestycydy, zastępujące starsze - mówi prof. Janusz Jurczak. - A jeżeli chodzi o DDT, czy można sobie wyobrazić życie bez niego po II wojnie światowej, kiedy trzeba było w szybkim tempie odbudować niedożywione i zainfekowane społeczeństwa? W końcu Afryka byłaby pusta! 
Unia Europejska stworzyła niedawno listę związków chemicznych, które powinny się znaleźć pod ścisłym nadzorem. Są tym bardziej niebezpieczne, że stosuje się je powszechnie: substancje impregnujące z grupy bromopochodnych eterowych (stosowane przy produkcji ubrań czy mebli), fenol nonylowy i ftalany (występują np. w preparatach odstraszających komary), niektóre antybiotyki i sterydy. 
Jednym z warunków wejścia Polski do UE jest przystąpienie do Europejskiej Komisji Normalizacyjnej i przyjęcie blisko 80% obowiązujących tam norm. Ponoć nie ma mowy o żadnej rewolucji, bo polskie normy stoją na światowym poziomie. Ale do użytku dopuszcza się coraz więcej substancji chemicznych. To właśnie efekt współpracy z UE. Kiedyś ministerialne zarządzenia na ten temat miały po kilka stron. Teraz to grube tomiska - mówią w Polskim Komitecie Normalizacyjnym. 
Zdaniem psycholog Iwony Jurkiewicz-Lewandowskiej, Polacy i tak na razie w tym świecie chemii nieźle sobie radzą: - Nasze rolnictwo jest zacofane, właścicieli nie stać na drogie preparaty ochrony roślin? To dobrze, bo taka żywność jest zdrowsza! Polacy w pięknym stylu potrafią zrobić ze swoich braków zalety. I lubią nieco poszaleć. Dlatego niewiele robimy sobie z doniesień o rakotwórczych i tuczących dodatkach. Sterylnie ekologiczne warunki są nudne i kosztowne. 
- Oczywiście, że najlepiej byłoby mieć willę nad wodą, blisko lasu i jednocześnie czerpać ze wszystkich zdobyczy współczesnej cywilizacji. Tylko jak byśmy się na tym globie pomieścili? Ludzkość musi płacić za swój rozwój - uważa prof. Marek Chmielewski. - A tym, co grzmią, że wszystko ma być naturalne, można odpowiedzieć: już to przerabialiśmy i nie wyszło! 
 
 

Chemia, która uzależnia 

1. Opiaty i opioidy, np. "kompot", morfina, heroina, fentanyl (silny preparat przeciwbólowy) 
2. Alkohol, barbiturany, benzodiazepiny i inne leki anksjolityczne (uspokajające), np. metakwalon, diazepam, nitrazepam 
3. Amfetamina i inne substancje pobudzające, np. metamfetamina, MMDA (ecstasy) 
4. Kokaina 
5. Substancje halucynogenne, np. lyzergid (LSD 25), psylocyna (składnik niektórych grzybów) 
6. Lotne rozpuszczalniki (używki wziewne), np. toluen, aceton, czterochlorek węgla, składnik klejów do mas plastycznych 
7. Nikotyna 
 

Rady dla nadwrażliwców

1. Stosuj kosmetyki w postaci pudrów, a nie kremów czy płynów. 
2. Używaj tylko preparatów zmywalnych wodą, unikaj wszelkich kosmetyków wodoodpornych. 
3. Regularnie rób przegląd kosmetyków i wyrzucaj wszystkie starsze niż trzy miesiące. 
4. Jeśli to możliwe, stosuj kosmetyki zawierające nie więcej niż dziesięć składników. 
5. Jeśli koniecznie chcesz używać pudru w kremie, upewnij się, czy został sporządzony na bazie oleju silikonowego, np. cyklometikonu, dimetikonu. Zawarte w nich związki krzemu bardzo rzadko działają uczulająco.


 

ŻYWIENIE A RAK

\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\

(................................)
Alarm konsumencki
ALARM KONSUMENCKI


ALARM KONSUMENCKI
- FIRMY, MARKOWE PRODUKTY, ZAGROŻENIA ZDROWIA

\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\




 
 
 
 
 
 
 


§
§
§
§
§
kto wytwarza lub sprzedaje produkt niebezpieczny, ten odpowiada
za ciężki uszczerbek na zdrowiu, inne naruszenie czynności narządu ciała lub rozstrój zdrowia, a także za doznaną krzywdę konsumenta

Naprawienie szkody obejmuje wszelkie wynikłe z tego powodu koszty 
Na żądanie poszkodowanego zobowiązany do naprawienia szkody powinien  wyłożyć z góry sumę potrzebną na koszty leczenia, a jeżeli poszkodowany  stał się inwalidą, także sumę potrzebną na koszty przygotowania do innego  zawodu. Jeżeli poszkodowany utracił całkowicie lub częściowo zdolność do  pracy zarobkowej albo jeżeli zwiększyły się jego potrzeby lub zmniejszyły  widoki powodzenia na przyszłość, może on żądać od zobowiązanego do  naprawienia szkody odpowiedniej renty. Jeżeli w chwili wydania wyroku szkody nie da się dokładnie ustalić, poszkodowanemu może być przyznana renta tymczasowa.

§
§
§
§
§




 
 
 
 
 
 
 


STOWARZYSZENIE
  OCHRONY
     ZDROWIA
       KONSUMENTÓW
STOWARZYSZENIE OCHRONY ZDROWIA KONSUMENTÓW


ZAGROŻENIA ZDROWIA W POLSCE
CZASOPISMO RUCHU OCHRONY ZDROWIA
AKTUALIZOWANA WERSJA ELEKTRONICZNA
"ZAGROŻENIA ZDROWIA W POLSCE"

 
 



ALFABETYCZNY SPIS ZAWARTOŚCI
STRON INTERNETOWYCH DOMENY HALAT.PL
DOTYCZĄCYCH OCHRONY ZDROWIA