dr Zbigniew Hałat, fotografia artystyczna
Felietony w Radio Maryja ilustrowane od roku 2005
2005 2006 2007 2008 2009 2010 2011 2012 2013 2014 2015 2016

Rok 2007



Felieton w Radio Maryja, 5 stycznia 2007

Szczęść Boże!

Od pierwszych dni nowego roku drzwiami i oknami zło wdziera się do naszych domów. Członkom Kościoła rzymskokatolickiego podaje się do wierzenia zupełnie nowe zasady traktowania kapłanów. Już nie zakonnika, redemptorystę, a kolejnego arcybiskupa czyni wrogiem publicznym numer jeden. Świadomi ponoszonego ryzyka aktywiści dawnej PZPR nawołują do przestrzegania zasad wymuszonego na nich konkordatu. Wiele lat zajmowania miejsca kapłanów przez sekretarzy partii faszystowskich lub komunistycznych nigdzie na świecie nie zakończyło się sukcesem totalitarystów, nawet w Rosji. Pompastyczne faszystowskie ceremoniały nie zastąpiły nabożeństw katolikom w Bawarii. Renesans prawosławia w wielkim narodzie rosyjskim dobitnie świadczy o tym, że ludziom potrzebna jest wiara w Boga a nie Lenina i wiary tej nie uda się wykorzenić, podstawiając działacza partyjnego w miejsce kapłana, choćby i przepych kolejnych zjazdów partii przekraczał ludzkie wyobrażenie.

Człowiek wyznający wiarę podczas niedzielnego nabożeństwa ma doskonale uporządkowany system wartości. Chcąc pogłębić swoją wiedzę, sięga do Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu, Katechizmu Kościoła Katolickiego, encyklik kolejnych papieży, orędzi zwłaszcza tych najbardziej aktualnych, jak Orędzie Ojca Świętego Benedykta XVI sprzed kilku dni. Chcąc pogłębić swoją wiarę, katolik przyjmuje za swoją treść nauczania Kościoła, a dla jej uzupełnienia stawia pytania zakonnikom, księżom i biskupom, wysłuchuje ich odpowiedzi i z pełnym przekonaniem pokłada w nich wiarę, bo przecież są to osoby jak najlepiej przygotowane do udzielania odpowiedzi w zakresie swojej, jakby to można powiedzieć, ekspertyzy.

Na tej samej zasadzie lekarzowi pytania stawia pacjent – kolejarz, prawnik, czy przedstawiciel innego zawodu. Rozmowa może przejść w żywą dyskusję, ale nie wyobrażam sobie, aby pacjent dysponował większą ode mnie wiedzą w zakresie mojej ekspertyzy. Po co by w takim razie pacjent przychodził do lekarza, skoro wie lepiej. Może miałoby być odwrotnie – to może lekarz ma pytać kolejarza, prawnika, albo przedstawiciela innego zawodu jak ratować i umacniać zdrowie?

A relacja lekarz – pacjent dotyczy zaledwie maleńkiego fragmentu życia człowieka. Życia na tej ziemi, trwającego zaledwie siedem – osiem – dziewięć dziesiątków lat okresu próby. W tym czasie albo człowiek zasłuży na życie wieczne, albo w wyniku sprawiedliwego Sądu je straci. Stąd sam Chrystus wyznaczył św. Piotrowi i jego następcom zadania szerzenia Królestwa Bożego, które nie jest z tej ziemi. Stąd osoby duchowne mają tyle razy bardziej odpowiedzialne zadania od lekarzy, ile razy dłuższe jest życie wieczne od życia doczesnego.

Jak jest więc możliwe, że działacze partyjni, dziennikarze, rozmaici spece od spraw różnych wypowiadają się na temat kapłanów Kościoła rzymskokatolickiego, kiedy Rzym milczy.

Wiara i wiedza, czy nauka, nie są tożsame, choć jak wykazywał to wielokrotnie Ojciec Święty Jan Paweł II, wzajemnie się uzupełniają. Kanonik z Fromborka, Mikołaj Kopernik wiedział i wierzył i choć nie doczekał uznania swojej wiedzy przez Rzym, pozostał wierny Kościołowi rzymskokatolickiemu.

Jakim więc prawem łowcy sensacji metodycznie niszczą zaufanie wiernych do ich kapłanów? Czy listy od czytelników mają zastąpić konfesjonał, opinie polityków o dopuszczalności kary śmierci wyprzeć jedno z przykazań danych ludziom już na Górze Synaj, a rozproszone owieczki mają pójść za głosem wilków w owczej skórze?

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

Felieton w Radio Maryja, 12 stycznia 2007

Szczęść Boże!

Zgodnie z Katechizmem Kościoła Katolickiego tradycja katechetyczna przypomina, że istnieją grzechy, które wołają o pomstę do nieba. Wołają więc do nieba: krew Abla, grzech Sodomitów, narzekanie uciemiężonego ludu w Egipcie, skarga cudzoziemca, wdowy i sieroty oraz niesprawiedliwość względem najemnika.

Są to znane z małego katechizmu cztery grzechy wołające o pomstę do Boga: po pierwsze – rozmyślne zabójstwo, po drugie – grzech sodomski, po trzecie – uciskanie ubogich, wdów i sierot oraz po czwarte – zatrzymanie zapłaty pracownikom.

We współczesnej frazeologii języka polskiego coś woła o pomstę do nieba, kiedy wywołuje zgrozę i oburzenie.

Może to być na przykład krzywda, czyli szkoda moralna, fizyczna lub materialna wyrządzona komuś niezasłużenie, bezprawnie; nieszczęście niesprawiedliwość, obraza dotykająca kogoś niesłusznie.

Krzywda wołająca o pomstę do nieba doczekała się ostatnio niezwykle wyrazistego ucieleśnienia, którego obrazu nie będziemy mogli zapomnieć do końca życia.

Zamykamy oczy… Kogo widzimy jako ucieleśnienie krzywdy wołającej o pomstę do nieba?

Wystarczy zamknąć oczy, aby ujrzeć postać kapłana będącą ucieleśnieniem krzywdy wołającej o pomstę do nieba, postać biskupa, umęczonego nie za to, co zrobił w przeszłości a za to, czego mógł dokonać w przyszłości.

Narodowi i Państwu Polskiemu należy życzyć, aby drugi w ciągu bez mała tysiąca lat przypadek umęczenia biskupa Stanisława przed ołtarzem, nie pociągnął następstw podobnych do pierwszego.

Wincenty Kadłubek zostawił przecież potomnym objaśnienie okoliczności niemal współczesnego jego czasom zabójstwa biskupa Stanisława przez króla Bolesława II Śmiałego przed ołtarzem w kościele na Skałce.

11. kwietnia 1079 r. publiczną dyskusję o przestrzeganiu wartości chrześcijańskich w życiu społecznym ówczesny władca Polski przeciął mieczem, rozcinając na części ciało kapłana. Wkrótce potem potężne państwo Piastów rozpadło się na dzielnice, a narastające osłabienie władzy centralnej doprowadziło w końcu do trwającego setki lat oderwania Śląska od polskiej macierzy i przyniosło Polakom na Śląsku prześladowania najbardziej nasilone po zagarnięciu ich ziem na dwieście lat przez Prusy.

Męczeństwo świętego Stanisława, patrona Polski, której siłą zawsze i niezmiennie był niezależny od władzy świeckiej Kościół rzymskokatolicki, zostało przedstawione już przed rokiem 1163 w postaci płaskorzeźby w świątyni na Ołbinie we Wrocławiu.

Obraz Jana Matejki z 1892r. “Zabójstwo biskupa Szczepanowskiego” znajduje się w zbiorach w Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku od 1968r.

Obraz telewizyjny z pamiętnej niedzieli 7. stycznia 2007r. mamy w pamięci.`

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

Felieton w Radio Maryja, 19 stycznia 2007

Szczęść Boże!

Ufamy swoim rodzicom. To zupełnie oczywiste i naturalne, że bez jakichkolwiek zastrzeżeń ufamy ludziom, których twarze znamy od kołyski. W okresie buntu dorastania bywa, że manifestujemy odrzucenie zaufania do rodziców, a mimo to w razie rzeczywistej potrzeby to u nich szukamy ratunku, bo komu możemy zaufać, jeśli nie matce i ojcu?

Ufamy też rodzeństwu i innym krewnym oraz powinowatym, im są nam bliżsi tym bardziej im ufamy. To przecież zupełnie oczywiste i naturalne, że w rodzinie wszyscy darzą się wzajemnym zaufaniem.

Ufamy ludziom deklarującym przyjazne zamiary, którzy w pozdrowieniu wyciągają do nas otwartą prawicę, zwracają się słowami pokój z tobą, salam alajkum czy szalom lub o podobnym znaczeniu, wskazującym na to, że bliźni życzy nam dobrze a nie złorzeczy. Ochrzczeni w Kościele Katolickim z własnego wyboru lub – co zdarza się znacznie częściej – jeśli nasi przodkowie mieli szczęście usłyszeć Dobrą Nowinę i pozostali wierni Świętemu Kościołowi Powszechnemu, cieszymy się przywilejem katolickiego wychowania i określamy się jako katolicy. Kiedy ktoś określa się jako katolik, jest godny zaufania, gdyż daje jednoznaczną charakterystykę celu, do którego zmierza, swoich postaw i przewidywalnych zachowań. Niczego nie trzeba się domyślać, ani niczego zgadywać. Szczegóły zasad katolickiego myślenia i postępowania są powszechnie dostępne w krajach wysokorozwiniętych i w dużej części krajów na średnim poziomie rozwoju. Ludzie, którzy nie mają żadnego lub swobodnego dostępu do książek, gazet, radia, telewizji i internetu, muszą liczyć na wysiłki misjonarzy, o ile przebywają w zasięgu działania misji. Ta jednoznaczność kanonów naszej wiary i otwartość ich głoszenia stanowi tak wielkie zagrożenie dla zła, które ludzie wyrządzają Bogu i człowiekowi, że całe systemy bezkompromisowego zwalczania Kościoła posługują się fizycznym i psychicznym niszczeniem księży, utrudnianiem dostępu do publikacji katolickich, działają też za pomocą dyskryminacji religijnej i/lub antykatolickiej propagandy, często uprawianej pod pozorem zatroskania o dobro wspólne.

Ostatnio wielką karierę zrobiło powiedzenie o Świętym Kościele grzesznych ludzi dążących do świętości. Nic bardziej prawdziwego! Ułomności człowieczej natury nie są obce wszystkim żyjącym, nawet kapłanom, nawet przyszłym świętym. Ale zdając sobie sprawę z oczywistego faktu, że wszyscy jesteśmy grzeszni, pozostajemy w głębokim przekonaniu, że kapłanom naszej wiary należy się pełne zaufanie. Nawet tym widzianym po raz pierwszy w jakichś egzotycznych warunkach. Po raz pierwszy w życiu widząc miejscowego księdza odprawiającego mszę świętą przed ołtarzem gdzieś w Irlandii, w głębi Afryki, czy w Indiach, z pełnym zaufaniem przyjmujemy z jego rąk Ciało Chrystusa. Każdy ksiądz cieszy się takim samym zaufaniem ponadmiliardowej rzeszy wszystkich katolików świata, jak dobrze znany proboszcz własnej parafii.

Ufamy, że każdy kapłan całym sobą usilnie zabiega o świętość dla siebie i bliźnich, służy Bogu i ludziom najlepiej jak potrafi, wiemy bowiem jak długa żmudna jest droga od chwili, kiedy ktoś odkryje w sobie powołanie do momentu święceń kapłańskich. I jaka jest rola biskupów i samego Ojca Świętego w zachowaniu wartości kapłaństwa w posłudze wiernym. Nie wszystkim seminarzystom i kapłanom dar powołania jest dany z siłą niezmienną i na zawsze, stąd niejeden odchodzi od kapłaństwa, a kompensując związane z tym problemy psychologiczne, staje się niekiedy zaciekłym wrogiem religii, prześladowcą Kościoła, czy fałszywym autorytetem katolickim, na miarę znachorów wyrosłych z relegowanych studentów medycyny.

Pełne zaufanie do kapłanów jest kwestią wiary. Ludzie małej wiary czyniący publiczne przedstawienia ze swojej ułomności narażają się na śmieszność. Stwierdzenie: wierzę w Święty Kościół Powszechny, ale nie mam zaufania do kapłanów jest równie bezsensowne, jak: obowiązuje mnie dziesięć przykazań, z wyjątkiem jednego. Katolikiem się jest albo w pełni, albo wcale. Tertium non datur. Co innego grzeszyć, a co innego zapierać się swojej wiary.

Pełne zaufanie do polityków nie jest kwestią wiary a rozumu. Po wygranych wyborach politycy przeistaczają się w zarządców życia publicznego. Korzystając z pokładanego w nich zaufania, decydują za nas o priorytetach narodu, o tym, co jest najważniejsze dla wszystkich i dla każdego z osobna, na przykład o sprawach zapobiegania chorobom i przedwczesnym zgonom, rozwoju rodzin i demograficznego wzmocnienia narodu, godziwych warunków pracy i uczciwej płacy. Jak więc ocenić polityków, którzy określając się jednoznacznie jako katolicy, nie potwierdzają swoimi czynami deklarowanych wartości? Politykowi, jak każdemu, przysługuje prawo wyboru pomiędzy dobrem a złem. Z grzechów polityk na pewno będzie rozliczony na sądzie ostatecznym i nikomu z nas nic do tego, żałosna jest pogańska pycha, która skłania niektórych do wydawania sądów zastrzeżonych dla Pana Boga. Z przestępstw i wykroczeń, polityk może będzie rozliczony przez wymiar sprawiedliwości. Z realizacji obowiązków nakładanych na polityka przez naukę społeczną Kościoła Katolickiego będzie on rozliczony i przez Boga i przez wyborców.

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

Felieton w Radio Maryja, 26 stycznia 2007

Szczęść Boże!

Od końca II wojny światowej do 1995 ludność Polski zwiększyła się o 14,5 miliona ludzi. Od 1995 do 2001 nastąpiła stagnacja ludności na poziomie 38 milionów 300 tysięcy, a od 2002 do 2006 – na poziomie 38 milionów 200 tysięcy. Gdyby władcy PRLu dopuszczali możliwość wyjazdów za żelazną kurtynę bylibyśmy już pewnie narodem wymarłym w swoim kraju, wśród innych rozproszonym i w nich stopniowo ulegającym roztopieniu. W pierwszej kolejności wyjechaliby najmłodsi, najbardziej przedsiębiorczy, aby zasilić sprawnie działające systemy rozwiniętego Zachodu i po krótkim czasie osiągnąć dobrobyt w imperium sowieckim niewyobrażalny i nieosiągalny nawet za żółtymi firankami.

Ale żelazna kurtyna była nie do przebicia, heroiczne ucieczki należy zaliczyć do nielicznych wyjątków. Reszta narodu musiała pozostać w Polsce. Część pozostać chciała, widząc ewidentne korzyści z życia w tzw. demokracji ludowej w porównaniu z warunkami, które wyniszczona zaborami i I wojną światową międzywojenna Polska mogła stworzyć swoim obywatelom. Wbrew temu, co dzisiaj należy do tez poprawnych politycznie, była to część znaczna, nawet przeważająca. Ośmieszane obecnie określenie awansu społecznego w Polsce Ludowej było doświadczeniem milionów młodych ludzi wyciągniętych z ubogich rodzinnych domów a to w pogoń za faszystami na Berlin, a to do rozbiórki miast zamienionych w morza gruzowisk, a to do budowy stolicy, Nowej Huty i kolejnych wielkich budów PRLu. I oczywiście do szkół: średnich i wyższych. W milionach rodzin pojawili się po raz pierwszy studenci, potem absolwenci z tytułami, o których przed wojną nie można było marzyć tam, gdzie doktora całowano po rękach i za poradę lekarską płacono kurą z braku jakiegokolwiek grosza, a cała inteligencja miasteczka zbierała się na bridżu i to z dziadkiem.

Niemcy i Rosjanie wymordowali Polakom przedwojenną inteligencję, część osób wykształconych pozostała na Zachodzie, nie ryzykując skutków powrotu do okupowanego przez sowiety kraju, dlatego wrota do awansu społecznego były szeroko otwarte. Ktoś musiał uczyć, sądzić, leczyć. Pojawiła się wielomilionowa rzesza ludzi z wyższym wykształceniem, pogodzonych z systemem, choć zdających sobie sprawę z życia w niewoli, dostrzegających przepaść pomiędzy komunistyczną indoktrynacją a rzeczywistością obserwowaną, a tym bardziej komentowaną przez rozgłośnie Wolna Europa czy Głos Ameryki. Ale w rzeczywistości PRLu trzeba było żyć, pracować, mieszkać, założyć rodzinę, wychować dzieci.

Czy władcy PRLu bardziej oszukiwali ludzi niż politycy wybierani w wolnych wyborach po 1989r.? Niech powiedzą ci, którzy wychowali się w blokach zasiedlonych przez ich rodziców na podstawie książeczki mieszkaniowej, a teraz muszą emigrować, bo nie tylko brak szans na mieszkanie, lecz także nie ma pieniędzy na opłaty. Niech zabiorą głos ci, którzy wtedy co roku jeździli do sanatorium, a dzisiaj latami czekają na zabieg ratujący życie.

Czy w PRLu wszyscy spiskowali i tworzyli coś na kształt Polskiego Państwa Podziemnego z lat 1939-44? Owszem, moc Prymasa Tysiąclecia oddawała w ręce interrexa rząd milionów dusz w Polsce, kapłani sprzeciwiający się ograniczaniu wolności religijnej znajdowali poparcie wiernych, a księża, którzy w dramatycznych okolicznościach potajemnie udzielali sakramentów funkcjonariuszom państwa komunistycznego, właśnie chłopskim synom z awansu społecznego, dzisiaj milczą, może nie chcą rzucać pereł przed wieprze. Ale wbrew temu, co się obecnie rozgłasza, antykomunistyczny opór na narodową skalę pojawił się dopiero po sierpniu 1980r., wcześniej ludzie żyli najczęściej pogodzeni z realiami rzeczywistości, w której się urodzili, wykształcili i wychowali. Partia celebrowała swój marksizm-leninizm, a ludzie, śmiejąc się z tego, żyli w takiej Polsce, jaka była im dana z racji daty urodzenia. Nauczyciele uczyli, lekarze leczyli, sędziowie sądzili. Oczywiście, jeśli ktoś chciał robić szybką karierę, dostać pracę w pożądanym miejscu, przydział na mieszkanie, samochód, kolorowy telewizor, musiał wykazać się jakąś lojalnością, ale tam, gdzie były głębokie braki kadrowe zatrudniano każdego, kto miał odpowiednie wykształcenie, nawet tzw. element niepewny. Używając obecnego języka, ówczesny zasób kadrowy obsadzał np. wyższe uczelnie. Pozostanie na uczelni oferowano studentom, którzy byli członkami PZPR lub jej przybudówek albo młodzieżówek. W wielu szkołach wyższych kariera naukowa była zarezerwowana dla partyjnych. W latach siedemdziesiątych naganiacze do partii zamęczali każdego, kto rokował jakieś nadzieje i w rezultacie realizacji planu upartyjniania wyliczanego w procentach na dzielnice miasta, sektory gospodarki itp. podstawowe organizacje partyjne wchłonęły znaczną część powojennego wyżu demograficznego, który wtedy właśnie doszedł do dorosłości. Dyrektorzy, kadrowcy i sekretarze partii w zakładach pracy byli tak samo odpowiedzialni za upartyjnienie, jak za informowanie służby bezpieczeństwa o tym, co ludzie mówią i robią. W zakładach pracy wszyscy dyrektorzy musieli upartyjniać i składać meldunki, ale przecież nie wszyscy donosili i szkodzili. Ktoś, kto dzisiaj przedstawia sytuację lat siedemdziesiątych inaczej, po prostu kłamie. Ktoś, kto urodził się w Polsce pomiędzy rokiem 1944 a 1960, czyli w 1980r. miał co najmniej 20 lat i dzisiaj opowiada jak to wszyscy zwalczali komunizm, a tylko nieliczni prowadzili zwykłe życie, po prostu kłamie. Tak w PRLu, jak w środkowoafrykańskim cesarstwie Bokassy, zwykłym ludziom potrzebni byli zwykli nauczyciele, lekarze, sędziowie, kapłani, piekarze, murarze i stolarze. O tym, że PRL może upaść, wszyscy dowiedzieli się nie za pierwszej Solidarności, bo ta domagała się socjalizmu z ludzką twarzą, a dopiero po pierwszych półwolnych wyborach w 1989r.

Ktoś, kto kłamie w sprawach, które są znane z własnych doświadczeń milionom ludzi nadal żyjących, cechuje się mniejszą wiarygodnością niż ten, kto wypiera się eksterminacji Polaków, których świadectwa są już poza naszym zasięgiem.

Ta linia propagandy może odnieść sukces tylko wśród ludzi bezkrytycznie łykających opowieści o sprawach zupełnie im nieznanych. To tak jakby szerzyć wśród przybyłych z Turcji nowych obywateli Niemiec kłamstwo o braku winy nazistów za zagładę Polaków.

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

Felieton w Radio Maryja, 2 lutego 2007

Szczęść Boże!

Rozpatrując relacje pomiędzy władzą a obywatelami, amerykańska nauka już w latach sześćdziesiątych ub. wieku zaproponowała typologię udziału społeczeństwa w decyzjach, szczególnie przydatną w rozpatrywaniu konfliktów społecznych wokół zagrożeń zdrowia i życia.

Pierwotnie za ilustrację koncepcji etapów partycypacji społecznej przyjęto model drabiny liczącej osiem szczebli podzielonych na trzy piętra. Na samy dole tej drabiny znajduje się piętro siły władzy, która nie dopuszcza obywateli do udziału w podejmowaniu decyzji bezpośrednio tego społeczeństwa dotyczących. Władze działają bez komunikowania się z obywatelami, a w sytuacjach kryzysowych w najlepszym przypadku podejmują działania zgodne z obowiązującym prawem, egzekwują istniejące przepisy. Najniższy szczebel tego piętra zakłada ordynarne manipulowanie opinią publiczną, a drugi od dołu – zabiegi z zakresu psychoterapii, którą władze aplikują uznanym za niezrównoważonych i niezdolnych do dostosowania się do realiów niepokornym obywatelom. Z tą haniebną i arogancką intencją posługują się nie tylko uprawnionymi terapeutami, lecz także rozmaitymi psychologami społecznymi, socjologami itp. profesjonalistami z zakresu uśmierzania społecznych niepokojów. Swoje cele władze osiągają przez propagandę i public relations.

Na samej górze drabiny udziału społeczeństwa w decyzjach je dotyczących znajduje się piętro siły obywatela. Jego szczebel najwyższy to sprawowanie przez obywateli kontroli nad wszystkim, co ich dotyczy. Szczebel niższy uwzględnia sprawowanie władzy przez przedstawicieli społeczeństwa dzierżących większość w organach decyzyjnych, a najniższy w tym obszarze – oparte o procedury negocjacyjne partnerstwo władzy i obywateli. Na szczeblu najwyższym obywatele działają bez komunikowania się z władzami, prowadząc dochodzenia obywatelskie, opracowując i wprowadzając w życie własne programy. Nie potrzebują żadnych pośredników. W przypadku partnerstwa ma miejsce podział sił. Obywatele i władze razem rozwiązują problemy. Grupy obywateli otrzymują odpowiednie do zaproponowanych projektów dofinansowanie, które pozwala im wynająć specjalistów i wdrożyć własne pomysły. Nadzór i monitoring obywatelski są oczywistością, a w celu publicznego przedyskutowania spornych spraw władze i grupy obywateli wspólnie zwołują zebrania. Władze proszą obywateli o znaczący wkład w proces podejmowania decyzji i mają szczery zamiar uwzględnić wysłuchane opinie. Powstają obywatelskie komitety doradcze, częste są spotkania nieformalne i dialog jest procesem ciągłym.

W środkowej części drabiny udziału społeczeństwa w decyzjach je dotyczących – w połowie drogi pomiędzy siłą władzy a siłą obywatela – znajduje się piętro polityki słów zastępujących czyny. W tym obszarze na szczeblu najniższym, najbardziej zbliżonym do siły władzy, znajduje się informowanie, czyli sytuacja, w której władze mówią, a ludzie słuchają. Do informowania wykorzystywane są materiały i konferencje prasowe, komunikaty, biuletyny, broszury i kampanie informacyjne. Na wyższym szczeblu pojawia się zasięganie opinii. Władze proszą obywateli o ograniczony wkład w proces podejmowania decyzji, ale w rzeczywistości wolałyby niczego nie słuchać, bo i tak zrobią swoje. Tak kończy większość wniosków o odpowiedź na formalne propozycje złożone przez obywateli.

Najwyższym szczeblem piętra polityki słów zastępujących czyny jest pozorowane angażowanie obywateli w proces decyzyjny. Władze prześcigają się w tworzeniu rozmaitych komisji, komitetów, rad i innych ciał kolegialnych, do których obywatele mogą wybrać swoich przedstawicieli, tyle że ci przedstawiciele są w mniejszości i choćby sobie gardła zdarli i tak nie przegłosują działającej w zmowie większości skompilowanej przez władze, odpornej na wszelkie dowody i najbardziej racjonalne argumenty. A reprezentantów obywateli niekiedy nie trzeba nawet przegłosowywać. Wystarczy ich przekupić.

Oczywiście drabina uczestnictwa społeczeństwa w podejmowaniu decyzji ma zastosowanie uniwersalne, ale w mojej opinii powinna być zawsze przystawiana do każdego z niezliczonych konfliktów pojawiających się w naszym kraju w związku z zagrożeniem zdrowia ludzi, zwierząt i środowiska. Nawet jeśli obecny rząd zwalczy najbardziej jaskrawe przejawy korupcji, nawet jeśli utrąci wszechmoc oligarchów i partyjnych bonzów, nawet jeśli zdąży przybliżyć Polakom praworządność i nie będzie przedkładał pozorów dobra wspólnego nad realne dobro jednostek, to i tak każda rodzina, każdy konsument, mieszkaniec i pracownik mogą nagle znaleźć się w sytuacji zagrożenia zdrowia, majątku i jakości życia tylko dlatego, że w procesie podejmowania decyzji bezpośrednio ich dotyczących nie uwzględniono opinii wszystkich zainteresowanych stron.

Zwykłym zjadaczom chleba należy się wpływ na jakość mąki.

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

Felieton w Radio Maryja, 9 lutego 2007

Szczęść Boże!

Zbyt wielu z nas ma problemy z tożsamością. Przychodzą i odchodzą w miarę nacisków otoczenia, rozmaitych pokus, załamań i wątpliwości. Obok banalnych, są też bardzo poważne. Dobry katolik czasem popełni grzech śmiertelny, patriota niekiedy wyprze się ojczyzny, sprawiedliwy sędzia weźmie w łapę, strzegący prawa policjant usiądzie za kierownicą po spożyciu alkoholu. Jak to? – zapyta grzeszny katolik – zawsze byłeś patriotą, a dzisiaj pracujesz dla obcych? To musi pana drogo kosztować – mówi sędzia, zwalniając z odpowiedzialności pijanego kierowcę w mundurze.

A tymczasem na katolików liczą wszyscy, nawet ci, którzy prawdy o Chrystusie nigdy nie słyszeli, jak pariasi z Kalkuty objęci niegdyś posługą błogosławionej Matki Teresy, a teraz innych Misjonarek Miłości. Na patriotów liczy cały naród w kraju i zagranicą, na sędziów – praworządni obywatele, na policjantów – ludzie zagrożeni przez kierowców wiozących śmierć.

Każdy, kto liczy na zachowanie innych zgodne z deklarowaną przez nich tożsamością, może srogo się zawieść. Jakże częsta jest kradzież tożsamości! Za lekarzy przebierają się aktorzy reklamujący jakieś produkty niby to zdrowsze od innych, za dobroczyńców – zwykli przedsiębiorcy, którzy koszty wizerunku zdobionego hojnością i tak przerzucą na barki drobnych klientów ledwo wiążących koniec z końcem. Kradzioną tożsamością posługują się także absolwenci szkół różnych szczebli, którzy ściągając, załatwiając, czy wręcz płacąc łapówki, także w postaci zawyżonego czesnego, formalnie zrównali swoje pseudokwalifikacje z dorobkiem uczniów i studentów solidnie przykładających się do nauki. Ich ukradziona tożsamość w postaci niezasłużonego świadectwa lub dyplomu może zaważyć na losach wielu ludzi, liczących na fachowość obsady w administracji publicznej, w ochronie zdrowia, przemyśle, rolnictwie, tak jak pasażerowie pędzącego ekspresu liczą na fachowość maszynistów pociągu i przedstawicieli innych zawodów niezbędnych do utrzymana bezpieczeństwa na kolei.

Bywają takie czasy w historii narodów, że większość obywateli godzi się na rozpanoszenie ukradzionych i kalekich tożsamości. Pojawia się specyficzna cicha umowa społeczna. Taka zmowa złodziei. Za przyzwoleniem, a nawet za przykładem władzy ludzie kradną i zaraz rozgrzeszają się sami, mówiąc: przecież wszyscy kradną, to i mi wolno. Tego rodzaju postawa dominowała pod rządami PZPR i jej następców, budząc zgrozę Polaków ukształtowanych w okresie przedwojennym, ale już nie następnych pokoleń. Podobno jeszcze dzisiaj 1/3 naszej gospodarki rozwija się w szarej strefie, nieobciążonej żadnymi podatkami i obowiązkowymi składkami, nie objętej żadnym nadzorem i kontrolą i choćby z tych względów oferującej ceny tańsze, tym samym konkurencyjne. Na rynku pojawia się tania mąką z ochratoksyną, albo tani ryż genetycznie modyfikowany. Nie trzeba dodawać, że organizmy genetycznie modyfikowane są typowym przykładem ukradzionej tożsamości. Zgodnie z ustawową definicją organizmy genetycznie modyfikowane są to takie, w których materiał genetyczny został zmieniony w sposób nie zachodzący w warunkach naturalnych. Zanim zachorujemy, sami nie potrafimy ustalić, czy tożsamość ryżu, kukurydzy, soi, pomidora i kurczaka jest naturalna czy ukradziona. Wykryć kradzież tożsamości środków spożywczych może tylko inspekcja utrzymywana przez podatników i o ile tożsamość tej inspekcji nie została ukradziona – wykonująca swoje ustawowe obowiązki na rzecz zdrowia narodu tak sumiennie, jak na to liczą Polacy.

Z gąszczu wzajemnie przenikających się ukradzionych i kalekich tożsamości dopiero od niedawna zaczęliśmy się wydobywać. Nawet głosiciele PRL-owskiej doktryny niskich płac dla lekarzy, którym za to pozwalano zdzierać skórę z pacjentów, musieli troszeczkę ustąpić i dzięki temu odzyskali w pewnym zakresie tożsamość wiarygodnych polityków. Znacznie trudniej przyjdzie przywrócić tożsamość każdemu ze zbankrutowanych szpitali. Z napisu na szyldzie wynika, że jest to lecznica, a w środku nie leczą, tylko każą czekać albo udają, że leczą. Za zorganizowanie, prowadzenie i nadzorowanie systemu opieki zdrowotnej obywatele jako podatnicy od lat płacą niebotyczne pensje i nagrody. Za leczenie dzieci chorych na raka ci sami obywatele jako ludzie dobrej woli znowu płacą, odpowiadając na rozpaczliwy apel lekarzy oraz samych pacjentów i ich rodziców. Za leczenie innych chorych może już nikt nie zapłacić. Mało zostaje do podziału po opłaceniu kosztów refundacji leków i obsługi systemu.

W kontraście z ułomną tożsamością organizatorów ochrony zdrowia pozostaje wyrazista tożsamość patriotyczna na samym szczycie władzy w Polsce.

Niedawno Polska Agencja Prasowa cytowała mocne słowa premiera Jarosława Kaczyńskiego w sprawie stosunków polsko-niemieckich: Czy to Polska nie chce potwierdzić praw własności na jednej trzeciej terytorium Niemiec? Czy to Polska próbuje zweryfikować obraz historii, by w istocie przerzucić część odpowiedzialności ze sprawców na ofiarę? Czy Polska forsuje rozwiązania europejskie niekorzystne dla Niemiec? A może to mniejszość niemiecka w Polsce podlega zakazowi mówienia we własnym języku do własnych dzieci? I wreszcie, czy to my podejmujemy inicjatywy gospodarcze zagrażające bezpieczeństwu energetycznemu Niemiec? Polska byłaby w nieporównanie lepszej sytuacji wobec partnerów, gdyby elity jako całość broniły polskich interesów narodowych – powiedział premier.

Po wielu, wielu latach miliony polskich wyborców usłyszały słowa zdecydowanie bliższe ich poglądom niż dusery, którymi był obdarzany wielki przyjaciel niektórych Polaków, kanclerz Gerhard Schroeder, obecnie ikona rurociągu zamieniającego Bałtyk i całe wybrzeże w obszar megakatastrofy ekologicznej.

Skoro polskie interesy narodowe były tak chwalebnie wzięte w obronę w obszarze stosunków polsko-niemieckich, jako obecni i przyszli pacjenci z niecierpliwością wypatrujemy tego samego w obszarze ochrony zdrowia.

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

Felieton w Radio Maryja, 16 lutego 2007

Szczęść Boże!

Jeszcze w połowie XVII w. Chiny liczyły o 1/5 mniej ludności niż Europa. W połowie XX w. liczba Chińczyków i Europejczyków była mniej więcej równa. W połowie XXI w., już za 43 lata, za życia wielu obecnie żyjących, a na pewno za życia naszych dzieci i wnuków, szacowana liczba mieszkańców Chin ma sięgnąć 1 miliarda 606 milionów, a Europy – spaść do 678 milionów. Można sobie wyobrazić ogrom nadchodzących zmian na świecie wynikających z tak nagle następującej polaryzacji demograficznej na obszarze Eurazji.

Rozrost ludności Chin następuje w sytuacji gwałtownego uwolnienia inwencji i legendarnej pracowitości obywateli Chińskiej Republiki Ludowej, a co Chińczyk potrafi w warunkach wolności gospodarczej łatwo dostrzec w tych miastach Zachodu, w których kolonia chińska kontroluje znaczną część usług i handlu, oferując okazyjne ceny i miażdżąc konkurencję szybkością decyzji i sprawnością działania.

Już teraz gospodarka Chin bije rekordy ekspansywności, mierzone ilością asortymentów wypychających z półek sklepowych produkcję innych krajów, też wprowadzanych do obrotu legalnie, z zachowaniem wszystkich praw własności intelektualnej, standardów sanitarnych i innych jakościowych. Jaki jest udział pracy niewolniczej i zanieczyszczenia środowiska w zaniżaniu cen produktów chińskich, można się tylko domyślać, znając drastyczne przejawy łamania praw człowieka w Chińskiej Republice Ludowej oraz skażenie wody, gleby i powietrza niszczące nie tylko w same Chiny, lecz sięgające nawet po zachodnie wybrzeże USA. Należy jednak podkreślić, że zachodni model praw człowieka i wolności obywatelskich jest wyprowadzony wprost z wartości chrześcijańskich i to co dla nas jest oczywistą reakcją na krzywdę ludzką, dla innych może być pretekstem do wtrącania się w wewnętrzne sprawy narodu o tradycjach innych niż chrześcijańskie. Z kolei problemami skażenia środowiska władze chińskie zajmują się już bardzo, ale to bardzo intensywnie, zabiegając o poprawę wizerunku Państwa Środka w oczach turystów, importerów żywności i światowej opinii publicznej zatroskanej globalnym kryzysem środowiska, a przede wszystkim odpowiadając na niepokoje społeczne, wręcz masowe bunty rzesz obywateli wystawianych na skutki skażenia rzek stanowiących źródło zaopatrzenia ludności w wodę pitną, powietrza wokół zakładów pracy emitujących trucizny i wreszcie żywności wytworzonej w skażonym środowisku i przy użyciu metod bezpośrednio zagrażających zdrowiu konsumentów.

Rozwiązywanie tych problemów ma miejsce w czasie intensywnego wzrostu ludności Chin i w związku z tym coraz głośniej słychać zadawane od lat pytanie czy Chiny są w stanie same się wyżywić. Po wyłączeniu z produkcji rolnej obszarów pustynnych i półpustynnych, skalistych, wysokogórskich, stepowych, a także intensywnie skażonych, bądź zniszczonych w wyniku suszy i działania innych klęsk i żywiołów, areał zaspokajający zapotrzebowanie na żywność już wkrótce ponadpółtoramiliardowej populacji Chin będzie stanowczo niewystarczający.

Należy wątpić, czy USA zdołają wyżywić Chińczyków, skoro zaczęły pojawiać się poważne ostrzeżenia przed skutkami wykorzystywania ziemi rolnej do produkcji biopaliw kosztem żywności. Nasilają się obawy, że lukratywna i nie obciążona wymaganiami jakości konsumpcyjnej produkcja roślin przemysłowych, oparta o odmiany genetycznie modyfikowane, może doprowadzić nie tylko do upadku średnich i małych gospodarstw rolnych, ale i wywołać kryzys w zakresie wyżywienia Amerykanów, nie mówiąc o eksporcie.

USA jak dotychczas skutecznie zabiegają o względy Chin, aż do tego stopnia, że rozważany jest legalny import drobiu z Chin do USA, a więc z kraju będącego rozsadnikiem ptasiej grypy H5N1 do kraju konsumentów szczególnie wyczulonych na zagrożenia zdrowia. Być może jest to transakcja wiązana. W zamian za import pasz genetycznie modyfikowanych i opatentowanych nasion genetycznych mutantów, których właścicielami są koncerny amerykańskie, czy też raczej ponadnarodowe, do Ameryki ma niejako wrócić produkcja zwierzęca powstała w oparciu o tego rodzaju pasze. Szkoda, że podobnego gestu ze strony naszych sojuszników nie mogą się doczekać hodowcy przekształcający w Polsce importowane z USA genetycznie modyfikowane pasze na drób, wieprzowinę czy wołowinę i inne produkty spożywcze pochodzenia zwierzęcego. Jest jednak nadzieja, że Komisja Europejska wkrótce podejmie decyzję nakazującą zamieszczać na produktach pochodzenia zwierzęcego informację, że do ich powstania wykorzystano pasze genetycznie modyfikowane. W świetle badań nad poparciem dla żywności genetycznie modyfikowanej zależnie od jej znajomości w Unii Europejskiej i w każdym z krajów członkowskich w 2005r. oraz w USA w 2006r. nie ma wątpliwości, że nastąpi wtedy kres sprzedaży mięsa, mleka, jaj i innych produktów pochodzenia zwierzęcego powstałych w oparciu o pasze genetycznie modyfikowane. Poparcie w Unii Europejskiej i USA dla żywności genetycznie modyfikowanej deklaruje zaledwie 27% osób, czyli co czwarty konsument, w najbogatszym Luksemburgu 13%, w Grecji 14%, we Francji 20%, w Niemczech 21%, w Polsce 23%. Odsetek osób deklarujących znajomość żywności genetycznie modyfikowanej w Unii Europejskiej sięga 80%, w USA jest o połowę mniejszy. Szczegółowe dane udostępniam na stronie internetowej www.halat.pl i pochodnych. Nie są znane wyniki podobnych badań przeprowadzonych w Chinach, ale wiadomo, że lawinowo narasta tam zapotrzebowanie na żywność ekologiczną, a więc atestowaną i pochodzącą z państw cieszących się na świecie dobrym wizerunkiem w zakresie ochrony dzikiej przyrody i wolnych od organizmów genetycznie modyfikowanych.

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

Felieton w Radio Maryja, 23 lutego 2007

Szczęść Boże!

W prestiżowym amerykańskim dzienniku THE WALL STREET JOURNAL 19  lutego 2007r. ukazał się artykuł Sharon Begley p. t. "Nowe dane – niektóre funkcje mózgu poprawiają się z wiekiem".

Artykuł zawiera przegląd najnowszych doniesień naukowych wskazujących na lepsze funkcjonowanie mózgu ludzi w podeszłym wieku niż młodych w takim zakresie, jaki jest szczeglnie przydatny do uzasadnienia wartości głosu ludzi starszych w podejmowaniu ważnych decyzji w życiu rodziny, zakładu pracy, małej społeczności, narodu i świata.

Trzeba z całą mocą podkreślić, że po raz kolejny odkrycia naukowe potwierdzają naturalną prawdę znaną człowiekowi od początku jego istnienia. To najstarsi decydowali o losach rodzin i rodów, rady starszych brały na siebie ciężar odpowiedzialności za grupy terytorialne i plemiona, senaty za państwa. Sprawność umysłu Ojca Świętego Jana Pawła II mogliśmy obserwować dzień w dzień w kolejnych latach długiego pontyfikatu. W ostatnich latach nie zakłócił jej ani podeszły wiek, ani ciężkie choroby. Dzisiaj skałą Kościoła jest Ojciec Święty Benedykt XVI, który już wkrótce – 16 kwietnia – ukończy 80 lat. Obraz tych dwóch niezwykle nam bliskich papieży może być ilustracją poniżej streszczonych najnowszych odkryć naukowych.

Osoby starsze dysponują bogatszym zasobem słów, łatwiej posługują się synonimami i antonimami. Mają większy zasób wiedzy eksperckiej odpowiadającej wykonywanemu zajęciu, co pozwala im w konkretnej sytuacji odwołać się do licznych wariantów rozwiązania problemów. Eryk Kandel laureat nagrody Nobla z roku 2000 w dziedzinie medycyny, który nadal czynnie uczestniczy w życiu naukowym i dydaktycznym, uważa, że w wieku 77 lat jest lepszym naukowcem niż wtedy, kiedy był młodszy, bowiem w nauce bardzo ważny jest rozum i obecnie łatwiej mu odróżnić problemy ważne od nieważnych.

Nic dziwnego, że reprezentanci powojennego szczytu demograficznego lat pięćdziesiątych opierają się przymusowi przechodzenia na emeryturę. Wspierają ich odkrycia nauki dotyczące pamięci semantycznej, czyli przywoływania z pamięci faktów i liczb. Pamięć semantyczna jest względnie oporna na starzenie się. Obejmuje słownictwo, ktrego bogactwo narasta z wiekiem tak niezawodnie, przynajmniej u osb, które nie zaprzestały czytać, że ktoś młodszy nigdy nie powinien starać się prześcignąć inteligentnego 75-latka w rozwiązywaniu krzyżówek.

Starości opiera się także wiedza ekspercka, czyli zasób posiadanych informacji z zakresu własnego zawodu czy hobby. Nauka jest przekonana, że synapsy kodujące wiedzę ekspercką są niezniszczalne. Są jak wykute w kamieniu. Dlatego zawiadujący ruchem startujących i lądujących samolotów kontrolerzy lotów liczący od 60. do 69. roku życia, są co najmniej tak sprawni jak ich koledzy pomiędzy 30. a 39. rokiem życia, zwłaszcza w sytuacjach skomplikowanych i nadzwyczajnych. Doświadczenie kompensuje ubytek innych zdolności, co zdaniem naukowców skłania do rewizji poglądw na wiek emerytalny. Badania też wykazały, że z wiekiem nie ulega obniżeniu koncentracja wybiórcza, czyli zdolność skupiania uwagi na konkretnej sprawie i oporność na czynniki odwracające uwagę. Jest to ważne nie tylko dla kontrolerów lotów, ale i kierowców skupionych na ruchu drogowym pomimo migających świateł i hałaśliwych pasażerów.

Najbardziej korzystną cechą mózgu starszych osó`b jest to, że mniej rzeczywistych wyzwań wymaga obciążonego dużym wysiłkiem zastanawiania się jak rozwiązać powstałe problemy. Zamiast godzinami metodycznie rozgryzać jakiś tekst, starszy ekspert skupia się na ważnych fragmentach tego tekstu i je dopasowuje do tego, co już wie o sprawie. To samo dotyczy esencji artykułów, w tym naukowych, łatwiej wydobywanej przez osoby starsze.

Mózgi osób młodszych rozwiązują problemy krok po kroku, zaś mózgi starszych – odwołują się do szablonów poznawczych, ogólnych zarysów jakiegoś problemu i jego rozwiązania, które kiedyś okazało się skuteczne. Tak ocenia się nowe sytuacje lub nowe problemy, z którymi miało się już do czynienia i nie trzeba do nich podchodzić metodycznie. Nawet jeśli starsi ludzie zapominają o drobiazgach i czasem mają kłopoty z koncentracją, dysponują tak dużym bogactwem szablonów poznawczych, że są wystarczająco kompetentni, aby sprawować pełną kontrolę nad sytuacją. Nawet przy zmniejszonych dostawach krwi i tlenu do mózgu.

W rezultacie starsi ludzie wykonujący zawody wymagające profesjonalnego przygotowania łatwiej oddzielają sprawy ważne od nieważnych i ich zdolność do znaczącego wkładu w sukces zespołu narasta z czasem, doświadczeniem i wiekiem. Zdolność oddzielania ziaren od plew jest szczególnie przydatna n.p. w procesach o odszkodowanie, gdzie wstępna dokumentacja może być tak obszerna, że mogłaby wypełnić halę magazynową, a potrzebne są tylko fakty wspierające wygranie sprawy a nie te, które odwracają uwagę sądu.

Dalsza sprawa do czynności automatyczne. Po wielu latach wykonywania nie kosztują już one żadnego wysiłku, a do tego są najmniej podatne na starzenie. Jeśli decyzje opierają się na wiedzy i umiejętnościach, starsi ludzie mają przewagę na młodszymi tylko z tego powodu, że ich umysł ma do udźwignięcia mniejszy ciężar.

Mózgi osb starszych łatwiej kontrolują uczucia, zwłaszcza negatywne, takie jak niecierpliwość i gniew. Opublikowane w 2006 r. badania 250 osób trwające od okresu ich dorastania do osiągnięcia 80. roku życia po raz pierwszy udokumentowały pozytywne zmiany tej części mózgu, która rządzi emocjami. Jest to anatomiczna podstawa zmniejszającej się z wiekiem nerwowości i przesadnego reagowania na stres. Jednocześnie starsi ludzi wykazują wybitną inteligencję emocjonalną i łatwość oceny czyjegoś charakteru. Lepiej od osób młodszych potrafią ocenić, że ktoś jest miły lub inteligentny, albo też nieuczciwy.

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

Felieton w Radio Maryja, 2 marca 2007

Szczęść Boże!

Najnowszy raport Europejskiej Agencji Środowiska ujawnia, że coroczne subsydia na transport pochłaniają od 270 do 290 miliardów euro, z czego połowa idzie na transport drogowy, jeden z najbardziej szkodliwych dla środowiska. Niemal co dziesiąty spośród obywateli 25 państw członkowskich Unii Europejskiej żyje w odległości mniejszej niż 200 m od drogi, którą przejeżdżają w ciągu roku ponad 3 miliony pojazdów, a co czwarty – w odległości mniejszej niż 500 m od tak zatłoczonej drogi. W następstwie narażenia tak wielkiej liczby ludzi na spaliny samochodowe liczba straconych lat życia sięga 4 milionów w ciągu jednego tylko roku. Jest oczywistym dla każdego faktem, że przedwczesne zgony, przewlekłe choroby i niepełnosprawność są tym częściej spotykane, im większa jest koncentracja spalin. Załamywanie rąk nad losem ludzi zamieszkujących budynki, które tworzą wąskie kaniony wypełnione rzeką tirów, albo w oczekiwaniu na przejście przez jezdnię krztuszą się czarnym nieraz dymem z rur spalinowych ma pełne uzasadnienie nie tylko zdroworozsądkowe, ale i medyczne. Wątpiącym można przestawić wyniki badań epidemiologicznych o niepodważalnej wartości dowodowej.

Odrębnym zagadnieniem są następstwa narażenia na całodobowy hałas przekraczający dopuszczalne poziomy dobowe i chwilowe, prowadzący jego ofiary wprost do stanu depresji. Do wibracji i wstrząsów budynków mieszkalnych położonych w bliskim sąsiedztwie dróg nie są w stanie adaptować się nawet ludzi zamieszkali w takich budynkach od urodzenia. Ryk silników, kakofonia sygnałów dźwiękowych, brzęk szklanek, kołysanie się żyrandola, pył wdzierający się do domu drzwiami i oknami ani na chwilę nie pozwalają zapomnieć, gdzie musi się mieszkać.

Wśród morza zapowiedzi rozwiązania kryzysu zapoczątkowanego w Dolinie Rospudy za najbardziej rozsądny i wymagający masowego poparcia w ramach narodowego referendum należy uznać przypominany obecnie program TIRY NA TORY, gdyż przesuwanie po Polsce drogowych pasów śmierci jedynie podtrzyma krociowe zyski przemysłu chemicznego, samochodowego, medycznego i pogrzebowego inicjowane przez europejskich podatników składających się na subsydia.

Szkoda, że w tzw. raporcie otwarcia przy obejmowaniu władzy przez Prawo i Sprawiedliwość nie oceniono w sposób właściwy zaniedbań w zakresie kolejnictwa w naszym kraju. Dążenie do likwidacji przewozów towarowych było zbrodnią, a przerzucanie kosztów na pasażerów – zwykłą kradzieżą. Podróż z Warszawy do Wrocławia po przekątnej, czyli przez Łódź zabiera prawie siedem godzin i kosztuje połowę ceny biletu za pięciogodzinną podróż przez Poznań. Protestów przedstawicieli mieszkańców Wrocławia nie słychać, choć wielu ludzi narzeka na ten rozbój.

Wracając do zagrożeń zdrowia związanych z narażeniem na czynniki środowiskowe, należy zwrócić uwagę na bardzo ważne orzeczenie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. W uzasadnieniu wyroku z dnia 2 listopada 2006 r. (skarga nr 59909/00) zobowiązującego władze Włoch do wypłaty 12 000 euro jako zadośćuczynienie za krzywdę moralną w postaci udręki i lęku, której doznała ofiara sąsiedztwa zakładu oddziałującego szkodliwie na środowisko, trybunał podał pogwałcenie art. 8. europejskiej konwencji praw człowieka i podstawowych wolności nakazującego chronić życie prywatne, rodzinne, dom i korespondencję. Europejski Trybunał Praw Człowieka stwierdził, że ochrona prawa do domu odnosi się nie tylko do fizycznego obszaru życia osoby i rodziny, lecz także do spokojnego cieszenia się tym obszarem, a tym samym naruszenie miru domowego nie ogranicza się do aktów konkretnych lub fizycznych, jak nieuprawnione wtargnięcie do czyjegoś domu, ale uwzględnia także naruszenia niekonkretne i niefizyczne, takie jak hałas, emisje, odory i inne formy szkodliwego oddziaływania.

Już obecnie Polacy są w ścisłej czołówce niemal wszystkich, z wyjątkiem obywateli Białorusi, narodów szukających sprawiedliwości przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu, ale wyrok z dnia 2 listopada 2006 r. dołoży podatnikom do kosztów utrzymania bezczynnych organów państwa lawinowo narastające wypłaty odszkodowań za powszechne łamanie reguł zdrowia środowiskowego, o ile problemy z tożsamością rozmaitych inspektorów i rzeczników praw wszelkich nadal będą paraliżować ochronę praw człowieka w Polsce.

Parlament Europejski 13 lutego 2007 r. uratował kraje Europy Środkowej, w tym Polskę, przed zalewem odpadów do spalenia, które Komisja Europejska chciała przenieść z kategorii odpadów do kategorii surowców energetycznych z odzysku, co pod pozorem korzyści dla ekologii w efekcie uczyniłoby Europę Środkową terenem spalania nie własnej a importowanej części 3,5 miliarda ton odpadów wytwarzanych w Unii Europejskiej, uzupełnionych sprowadzanymi z całego świata odpadami niebezpiecznymi do spalenia w samych tylko Niemczech w ilości 2,6 miliona ton (wg Der Spiegel: rozpuszczalniki z Australii i Chin, pestycydy z Kolumbii, gruz z azbestem z USA są sprowadzane w celu odpłatnego spalenia, aby uzupełnić moc przerobową spalarni w Brunsbuettel, Herten, Dormagen i Leverkusen).

Jednak narastający w Niemczech opór obywatelski przeciwko spalaniu importowanych odpadów w spalarniach, które choć wysokosprawne i tak stwarzają zagrożenie dla otaczającego środowiska, w szczególności dla zdrowia ludzi i jakości zdrowotnej płodów rolnych (najgroźniejsze są dioksyny), może nasilić legalny i nielegalny import odpadów do Polski oraz być powodem znanych w wielu obszarach zdrowia środowiskowego oszukańczych kampanii bagatelizujących ryzyko śmiercionośnych inwestycji.

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

Felieton w Radio Maryja, 9 marca 2007

Szczęść Boże!

Eliminacja słabszych jednostek jest podstawą uprawy, ogrodnictwa, sadownictwa i hodowli, a więc tych wszystkich zajęć, które od zarania ludzkości składają się na nasz byt materialny. Krzywo wyrosłe drzewko idzie pod topór, dla utykającego jagnięcia kalectwo oznacza rychłą śmierć. Ubój sanitarny zwierząt chorych, a nawet całkiem zdrowych, ale podejrzanych o zakażenie, np. w związku z przebywaniem w strefie zagrożenia ptasią grypą, to zwykła praktyka weterynaryjna, obecnie prowadzona w megaskali, w wyniku której miliony sztuk drobiu kończą na stosach zamiast na talerzach. Niedołężnego psa jego przyjaciele prowadzą do uśpienia.

A jak ludzie traktują ludzi? Czy eliminacja słabszych jednostek ma zastosowanie do ludzi?

Od zarania dziejów czystka towarzyszyła każdemu podbojowi. Dla słabszych, bo pokonanych, nie było litości. Wiedzieli o tym dobrze Słowianie już na tysiąc i więcej lat przed Hitlerem. Wiedzą rodziny ofiar Golgoty Wschodu. Autorom i wykonawcom masowej zagłady bezbronnych obywateli II Rzeczypospolitej wyobraźnia podpowiadała tysięczne usprawiedliwienia, w gruncie rzeczy wyrosłe z przekonania, że brutalna siła zastąpi każdy argument. Można powiedzieć, że to przeszłość i wracać do niej tylko we wspomnieniach junkrów pruskich, starannie i cierpliwie kreowanych na jedyne ofiary historii. Ale nie tak dawna fala okrucieństw w byłej Jugosławii powinna przybliżyć młodym Europejczykom strach przed rozpasaniem zła tuż za progiem, w zasięgu kilkugodzinnej podróży samochodem. Doniesienia z Iraku to nie buchalteria polegająca na codziennym wypełnianiu rubryk liczbami setek zabitych i rannych a obraz nieszczęść bezbronnych ludzi, rodzin bez źródeł utrzymania, sierot, niezliczonej rzeszy osób okaleczonych, bez rąk, nóg, jakichkolwiek szans na przeżycie. W relacjach z Iraku słychać strzały, a za tło dźwiękowe powinno posłużyć rozrywające serce zawodzenie wdów i jęk bólu małych dzieci. Silni chowają się za murem, pancerzem, kuloodporną szybą limuzyny. Wydają rozkazy eliminacji słabych po przeciwnej stronie konfliktu, przedstawianego jako religijny, płacą za masowe egzekucje niewinnych ludzi.

A u nas? W Polsce dążenie do eliminacji słabszych jednostek ma się, niestety, dobrze. Wielu szuka pretekstu, komu by tu dołożyć, kogo wykończyć, usunąć z życia publicznego, wsadzić za kraty. Pozornie dla pogan najsłabszym jawi się katolik, najlepiej kapłan. Przecież nie będzie się bronić, a nawet przebaczy winowajcom. Arena znowu spływa krwią chrześcijan, igrzyska toczą się w najlepsze. Na jakieś przerażająco koślawe tory kierowane jest naturalne dążenie Polaków do ograniczenia wpływu jednostek szkodliwych na życie publiczne, w obecnej odsłonie stare jak pierwsza Solidarność. Czy to w ramach walki o dusze, czy dla odwrócenia uwagi, z premedytacją dąży się do eliminacji katolików z życia publicznego, w rzeczywistości potwierdzając naszą siłę siłą stosowanej przeciw nam broni. Bez obaw. Kościół wzmocniony cierpieniem da sobie radę.

Potrzeba prawa i sprawiedliwości jest naturalna. Nic dziwnego, że skierowane przeciwko korupcji, nepotyzmowi i prywacie wysiłki obecnej władzy znajdują powszechne uznanie. Słaba i uboga większość docenia starania o rządy prawa w sądach, urzędach skarbowych, szpitalach, szkołach, zakładach pracy i na ulicach.

Ale rzecz nie powinna się skończyć na osaczaniu publicznych szkodników winnych jawnemu dążeniu do eliminacji słabych jednostek spośród podsądnych, podatników, pacjentów, uczniów, kierowców i przechodniów. Winnych próbie eliminacji jednostek słabych, bo nieprzywykłych do walki na prawach dżungli. Słabych, bo za naiwnych. Słabych, bo za bezbronnych. Słabych, bo za szczerych, za uczciwych, za prostolinijnych. Słabych, bo za starych, albo za młodych.

Ludziom w tych powodów słabym, a składającym się na większość elektoratu, politycy często obiecują ochronę przed eliminacją, a niekiedy nawet dotrzymują słowa.

Jest jednak grupa ludzi najsłabszych, którzy albo jeszcze długo nie będą mieli prawa wybierać polityków na wysokie urzędy, albo z tego prawa już nie mogą skorzystać.

Należy stanąć jednym murem w obronie tych najsłabszych jednostek przed najbardziej brutalną, fizyczną eliminacją.

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

Felieton w Radio Maryja, 16 marca 2007

Szczęść Boże!

Pszczelarze kochają swoje pszczoły. Jak tu nie kochać istot tak pracowitych i tak wspaniale zorganizowanych, a do tego tak łatwo dostępnych obserwacji w cudownym otoczeniu kwitnącego sadu, łanu zboża, czy grządki pyszniącej się pięknym kwieciem.

Pszczelarze darzą pszczoły wielkim szacunkiem. W zamian za staranną i mądrą opiekę otrzymują od pszczół cieszące się niezmiennym zainteresowaniem klientów produkty o wysokiej wartości. Będąc bliżej pszczół niż ludzie innych zawodów, pszczelarze swoją troską okazują im wdzięczność nas wszystkich za trwającą od rana do nocy pracowitą krzątaninę, dzięki której zapylone rośliny dają plony będące podstawą naszego utrzymania.

Z pszczelich produktów najmilszym sercu jest jednak miód. Od dawien dawna miód był rzadkim, radującym zwłaszcza dzieci, źródłem słodyczy, podstawą ciast i deserów, a w naszych warunkach odpowiednikiem winogron jako surowca do wytwarzania szlachetnych trunków. Gdzie jak gdzie, ale w Polsce i na Litwie wielkie obszary pokryte lasami zawsze sprzyjały rozwojowi bartnictwa i zamiłowaniu do jego wyrobów. Co stoi na przeszkodzie ruszyć z tradycyjnymi naszymi umiejętnościami na podbój Europy i reszty świata? Biorąc pod uwagę regionalny charakter miodów, ich zróżnicowanie zależne od gatunku, można sobie wyobrazić marki miodów, tak jak francuskie wina noszące nazwy miejscowe i do tego podzielone nie na kilka tylko gatunków, jak wino czerwone, białe, różowe, musujące, słodkie, wytrawne, półsłodkie lub półwytrawne, a na znacznie więcej samych podstawowych, jak miód akacjowy, bławatkowy, koniczynowy, lipowy, rzepakowy, gryczany, wrzosowy, z drzew owocowych, spadziowy i ziołowy (górski). A te dopiero dzielone według sposobu sporządzania brzeczki, stopnia rozcieńczenia brzeczki wodą oraz sposobu doprawienia brzeczki. Niechby sycony korzenno-ziołowy koniczynowy półtorak ze Zgorzelca konkurował z niesyconym naturalnym lipowym trójniakiem z Augustowa. Jakbyśmy postarali się wszyscy w kraju i zagranicą, może i Johnny Walker w kilku odmianach farby i inne szkockie czy irlandzkie whisky, posunęłyby się trochę na półkach sklepów i domowych barków i zrobiły miejsce dla naszych miodów pitnych. Nie trzeba dodawać, że polscy dyplomaci i przedstawiciele handlowi, politycy i urzędnicy powinni być zobowiązani do reklamowania polskich miodów gdzie tylko to możliwe i co najmniej tak energicznie, jak ich francuscy odpowiednicy reklamują swoje wina i sery.

Pszczoły mają jeszcze jedną niezwykle ważną rolę do spełnienia, podobną do tej, która była udziałem kanarków w kopalni. Tak jak kanarki, umierają pierwsze. Zanim człowiek sam na sobie odczuje skutki niedostrzegalnych zagrożeń, widzi śmierć pszczół. Martwe pszczoły mogą być dowodem zbrodniczego skażenia środowiska, n. p. w wyniku niezgodnego z zasadami stosowania pestycydów.

Wysokiej klasy specjaliści są w stanie wykryć przyczyny masowej śmierci pszczół i w razie potrzeby ustalić sprawców skażenia środowiska i umożliwić pociągnięcie ich do odpowiedzialności, nawet wtedy, kiedy pszczoły opuszczą swoje ule i odlecą, aby umrzeć w ukryciu.

Właśnie teraz amerykańscy pszczelarze przeżywają bardzo ciężkie chwile. W wielu stanach dochodzi do nagłych padnięć całych pasiek. W odróżnieniu od znanych wcześniej atakujących roje chorób bakteryjnych, grzybiczych, czy pasożytniczych, teraz nieszczęście nie zajmuje jakiegoś obszaru stopniowo a pojawia się bez ostrzeżenia. Pszczelarz, sprawdzając po zimie stan swojej pasieki, widzi opustoszały ul.

Tylko w lutym ujawniono wyginięcie od 60 do 90% rojów na różnych obszarach pomiędzy wschodnim a zachodnim wybrzeżem, spodziewane straty gospodarki idą w miliardy dolarów.

Ponieważ wszystkie znane przyczyny tej katastrofy zostały wykluczone, coraz częściej słychać głosy przypisujące winę uprawom roślin genetycznie modyfikowanych, już dotychczas tak skutecznie niszczących amerykańskie rolnictwo, aby wspomnieć tylko międzynarodowy skandal z ryżem z końca ubiegłego roku.

Częstym produktem inżynierii genetycznej są pestycydy wbudowane w rośliny (ang. plant-incorporated pesticides) będące białkami o właściwościach trujących dla owadów. Są obecne we wszystkich częściach roślin transgenicznych, także w jadalnych, a człowiek jest ich mimowolnym konsumentem w wyniku arbitralnej decyzji organów rejestrowych, Jak dotychczas pszczelarze słyszeli zapewnienia, że pszczołom kontakt z genetycznie modyfikowanymi roślinami niczym nie zagraża, choć już od dawna wiadomo, że bakterie zasiedlające jelita pszczół stają się oporne na antybiotyki w efekcie kontaktu z transgenicznym rzepakiem, co obok skażenia miodu pyłkiem organizmów genetycznie modyfikowanych było od samego początku powodem ostrego sprzeciwu pszczelarzy brytyjskich przeciwko lokowaniu upraw transgenów w pobliżu pasiek. Jak się teraz podejrzewa pyłki genetycznie modyfikowanego rzepaku lub kukurydzy, wywołując upośledzenie odporności, mogą prowadzić do powolnej śmierci rojów.

Professor Joergen Tautz z Wuerzburga podaje liczbę 130 000 gatunków roślin, w których zapylaniu udział pszczół jest niezbędny i stwierdza, że dla wyżywienia ludzi pszczoły są ważniejsze od drobiu.

Na koniec warto przypomnieć myśl Alberta Einsteina, który przepowiedział, że kiedy znikną pszczoły, ludzie przeżyją je tylko o kilka lat.

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

Felieton w Radio Maryja, 23 marca 2007

Szczęść Boże!

Po siedmiu miesiącach kompromitującego braku regulacji produktu najbardziej masowego, a przy tym najbardziej niebezpiecznego, jakim jest woda z kranu, minister zdrowia w dniu 13 marca 2007r. podpisał rozporządzenie w sprawie jakości wody przeznaczonej do spożycia przez ludzi.

Rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 13 marca 2007r. w sprawie jakości wody przeznaczonej do spożycia przez ludzi określa wymagania mikrobiologiczne, organoleptyczne, fizykochemiczne, oraz radiologiczne, które dotyczą wody pobieranej z urządzeń i instalacji wodociągowych, z indywidualnych ujęć wody zaopatrujących ponad 50 osób lub dostarczających więcej niż średnio 10 m szesc. wody na dobę, z indywidualnych ujęć wody, bez względu na ilość dostarczanej wody, jeżeli woda ta służy do działalności handlowej lub publicznej, z cystern lub zbiorników, ze zbiorników magazynujących wodę w środkach transportu lądowego, powietrznego lub wodnego oraz wprowadzanej do jednostkowych opakowań. Według zapisów paragrafu 20. konsumenci uzyskują informacje o jakości wody zgodnie z przepisami o dostępie do informacji publicznej.

Informacja o jakości wody powinna zawierać:
1) dane o przekroczeniach dopuszczalnych wartości parametrów jakości wody oraz związanych z nimi zagrożeniach zdrowotnych;
2) dane o pogorszeniu jakości wody pod względem organoleptycznym;
3) informacje o możliwości poprawy jakości wody przy użyciu środków dostępnych dla konsumentów;
4) informacje o planowanych przez przedsiębiorstwo wodociągowo – kanalizacyjne przedsięwzięciach naprawczych i harmonogramach ich realizacji;
5) zalecenia mające na celu minimalizację zagrożenia dla zdrowia ludzkiego.

Ustawa z dnia 6 września 2001 r. o dostępie do informacji publicznej głosi, iż każdemu przysługuje prawo dostępu do informacji publicznej, a od osoby wykonującej prawo do informacji publicznej nie wolno żądać wykazania interesu prawnego lub faktycznego. Prawo do informacji publicznej obejmuje uprawnienia do uzyskania informacji publicznej, w tym uzyskania informacji przetworzonej w takim zakresie, w jakim jest to szczególnie istotne dla interesu publicznego, uprawnienia do wglądu do dokumentów urzędowych oraz uprawnienie do niezwłocznego uzyskania informacji publicznej zawierającej aktualną wiedzę o sprawach publicznych. Udostępnianie informacji publicznych następuje w drodze ogłaszania informacji publicznych, w tym dokumentów urzędowych, w Biuletynie Informacji Publicznej dostępnym poprzez stronę internetową http://www.bip.gov.pl i pochodne. Informacja publiczna, która nie została udostępniona w Biuletynie Informacji Publicznej, jest udostępniana na wniosek, przy czym ta informacja publiczna, która może być niezwłocznie udostępniona, jest udostępniana w formie ustnej lub pisemnej bez pisemnego wniosku. Informacja publiczna może być udostępniana w drodze wyłożenia lub wywieszenia w miejscach ogólnie dostępnych, a także przez zainstalowane w tych miejscach urządzenia umożliwiającego zapoznanie się z tą informacją. Podmiot udostępniający informację publiczną jest obowiązany zapewnić możliwość kopiowania informacji publicznej albo jej wydruk lub przesłania informacji publicznej albo przeniesienia jej na odpowiedni, powszechnie stosowany nośnik informacji. Udostępnianie informacji publicznej na wniosek następuje bez zbędnej zwłoki, nie później jednak niż w terminie 14 dni od dnia złożenia wniosku. Jeżeli informacja publiczna nie może być udostępniona w terminie 14 dni od dnia złożenia wniosku podmiot obowiązany do jej udostępnienia powiadamia w tym terminie o powodach opóźnienia oraz o terminie, w jakim udostępni informację, nie dłuższym jednak niż 2 miesiące od dnia złożenia wniosku. Udostępnianie informacji publicznej na wniosek następuje w sposób i w formie zgodnych z wnioskiem, chyba że środki techniczne, którymi dysponuje podmiot obowiązany do udostępnienia, nie umożliwiają udostępnienia informacji w sposób i w formie określonych we wniosku. Jeżeli informacja publiczna nie może być udostępniona w sposób lub w formie określonych we wniosku, podmiot obowiązany do udostępnienia powiadamia pisemnie wnioskodawcę o przyczynach braku możliwości udostępnienia informacji zgodnie z wnioskiem i wskazuje, w jaki sposób lub w jakiej formie informacja może być udostępniona niezwłocznie. W takim przypadku, jeżeli w terminie 14 dni od powiadomienia wnioskodawca nie złoży wniosku o udostępnienie informacji w sposób lub w formie wskazanych w powiadomieniu, postępowanie o udostępnienie informacji umarza się.

Dostęp do informacji publicznej jest bezpłatny, ale jeżeli w wyniku udostępnienia informacji publicznej na wniosek podmiot obowiązany do udostępnienia ma ponieść dodatkowe koszty związane ze wskazanym we wniosku sposobem udostępnienia lub koniecznością przekształcenia informacji w formę wskazaną we wniosku, podmiot ten może pobrać od wnioskodawcy opłatę w wysokości odpowiadającej tym kosztom. Podmiot ten w terminie 14 dni od dnia złożenia wniosku powiadomi wnioskodawcę o wysokości opłaty. Udostępnienie informacji zgodnie z wnioskiem następuje po upływie 14 dni od dnia powiadomienia wnioskodawcy, chyba że wnioskodawca dokona w tym terminie zmiany wniosku w zakresie sposobu lub formy udostępnienia informacji albo wycofa wniosek.

Odmowa udostępnienia informacji publicznej oraz umorzenie postępowania o udostępnienie informacji przez organ władzy publicznej następują w drodze decyzji. Do tych decyzji stosuje się przepisy Kodeksu postępowania administracyjnego, z tym że odwołanie od decyzji rozpoznaje się w terminie 14 dni, a uzasadnienie decyzji o odmowie udostępnienia informacji zawiera także imiona, nazwiska i funkcje osób, które zajęły stanowisko w toku postępowania o udostępnienie informacji.

Dzięki nowemu rozporządzeniu konsumenci mogą poznać jakość zdrowotną wody płynącej z ich kranów.

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

Felieton w Radio Maryja, 30 marca 2007

Szczęść Boże!

Ledwo obeschły łzy, ludzie zaczęli dostosowywać się do świata bez Niego. Jeden po drugim wydobywał z pamięci strzępy wspomnień, rozważał zasłyszane myśli, porównywał z innymi, odnosił do szerszych spraw, faktów z życia własnego i innych. Na kraj spłynęła kolejna w dziejach Polski fala opamiętania.

Ktoś powie, że zmiana władzy w 2005 r. była następstwem typowego wychylenia wahadła politycznego, tym razem w prawą stronę. Może i tak. O ile za stronę lewą uzna się polityków, którzy ogłosili się lewicą, sami sobie nakładając fałszywe etykiety. Właśnie jest ujawniania prawdziwa jakość nie pierwszej świeżości produktów znakowanych jako lewica, a znajdujących się w politycznym obrocie od niemal dwóch dekad. Co do poziomu załgania agentury imperium sowieckiego prezentującej się jako lewica przez cztery poprzednie dekady zapewne nie ma wątpliwości nawet sam José Manuel Barroso, przewodniczący Komisji Europejskiej. Niedawno wspominał swoje szkolne czasy, kiedy jako maoistowski komunista walczył przeciwko łamaniu praw obywatelskich w Portugalii. Dzisiejszy polityk centroprawicy jest zdania, że za wszelką cenę należy stać na straży prawa do wypowiedzi i ostrzega przed zgubnymi następstwami poprawności politycznej, która zabija wolność Europejczyków. Tymczasem dla niegdyś mu bratnich lewaków z sąsiadującej Hiszpanii Polska roku 2007 jest krajem odrażającym, bo nie chce oddawać czci NKWD-yście znanemu jako Karol Świerczewski, dla którego udział w okrutnej zagładzie księży i zakonnic w wojnie domowej Hiszpanii był tylko przerwą w instalowaniu władzy Sowietów w Polsce. Dziką rzeź w hiszpańskich kościołach, zakonach i seminariach od przemysłu zadawania bólu i morderstw kwitnącego w narodowo-socjalistycznym systemie III Rzeszy lub wytrwale dążącym do komunizmu systemie socjalistycznym Sowietów różni ilość ofiar, nie jakość czynów.

Na niedawne obchody 50-lecia podpisania Traktatów Rzymskich do Berlina zjechali przywódcy 26 obecnych krajów członkowskich Unii Europejskiej, a mimo to tzw. Deklarację Berlińską podpisały tylko trzy osoby: kanclerz Republiki Federalnej Niemiec, przewodniczący Parlamentu Europejskiego i właśnie pan Barroso. Pierwszych dwoje to członkowie jednej partii – niemieckiej CDU, w której skład wchodzą ziomkostwa dążące do rewizji granic z Polską i Czechami. Wypowiadane półgębkiem przez prezydentów Polski i Czech niezbyt entuzjastyczne opinie na temat Deklaracji Berlińskiej zostały uznane za niepoprawne politycznie przez kreatorów poprawności politycznej w Europie i na świecie. Pan Barroso, piewca wolności wypowiedzi, nie stanął w obronie panów prezydentów Polski i Czech. Choć ostrzega przed zgubnymi następstwami poprawności politycznej, która zabija wolność Europejczyków, pan Barroso może okazać się równie niespolegliwy, kiedy przyjdzie chronić przed aresztowaniem tych, którzy publicznie dadzą wyraz nierzadkim w Europie obawom, że pod etykietą opartej o konstytucję Unii Europejskiej Niemcy budują IV Rzeszę z wiodącą rolą Prus wyciągniętych z grobu historii ze względu na zasługi.

Przeciwko obecnemu rozwojowi spraw w Unii Europejskiej wypowiada się często i stanowczo Ojciec Święty Benedykt XVI. Forsowane rozwiązania z wykorzystaniem przemocy, podstępu i polityki faktów dokonanych są więc z natury rzeczy nie do przyjęcia przez katolików. Nie mam tu na myśli osób jakichkolwiek innych wyznań niż katolików rzymskich, obdarzanych zależnie od poziomu wypowiadającego się różnymi epitetami – od fundamentalistów, tradycjonalistów, czy konserwatystów do oszołomów, oazowców i moherowych beretów. W celu usunięcia tej kłody stale leżącej na drodze socjalistycznego lub narodowo-socjalistycznego postępu ludzkości od ponad dwustu lat używa się różnych sposobów wysyłania do nieba katolików, a zwłaszcza katolickich kapłanów: gilotyny, kuli, noża, cyklonu B, bunkra głodowego, mrozu, kół samochodu, celi więziennej, pomówienia, fałszywego oskarżenia i linczu medialnego. Ewentualnie lansuje się prowadzących wiernych na manowce nibyduszpasterzy w formie księży patriotów lub księży redaktorów, albo innych luminarzy z określnikiem "katolicki".

Tuż przed drugą rocznicą odejścia do Domu Ojca Sługi Bożego Jana Pawła II ulicami Warszawy przeszła wielotysięczna manifestacja w obronie życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Modlitewny marsz katolików przeciw zbrodni w gabinetach lekarskich i szpitalach zorganizowało dwoje lekarzy. Pani dr Urszula Krupa i pan dr Witold Tomczak, posłowie Rzeczypospolitej Polskiej do Parlamentu Europejskiego zorganizowali wielotysięczny marsz ludzi domagających się wprowadzenia w życie podstawowego przesłania Ojca Świętego Jana Pawła II. Trudno o lepsze wspomnienie postaci Największego z Rodu Słowian.

W czasie trwania marszu wrogowie katolików wysłali kilku z nich do nieba. Na razie symbolicznie. Są jednak głosy, że nie był to ordynarny żart, a faktyczna groźba pozbawienia życia: jeżeli nie przestaniesz, pójdziesz do nieba, jak ks. Popiełuszko. Narastająca agresywność zła zawsze budziła w Polakach skuteczny opór.

Po 2. kwietnia 2007 r. nadejdą kolejne rocznice. Warto towarzyszące im emocje przekuwać w konkretne czyny.

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

Felieton w Radio Maryja, 13 kwietnia 2007

Szczęść Boże!

Chcąc nie chcąc, jesteśmy wciągani w kolejne kampanie wyborcze: do parlamentu europejskiego, do sejmu, do samorządu terytorialnego i wreszcie w prezydencką.

W odróżnieniu od wyborców zabiegający o władzę politycy mają dobre rozeznanie mechanizmów tzw. demokracji i precyzyjnie odliczają dni pozostałe do rozstrzygnięć nad urnami wyborczymi. Rozmaite grupy i grupki, rozpoznawane przez konkurentów jako kliki i szajki, zanim przekształcą się w komitety wyborcze planują dzień po dniu akcje medialne, promocyjne, wydarzenia, happeningi i tym podobne próby zainteresowania sobą opinii publicznej.

Oby jeszcze media uczciwie opisywały to, co dzieje się w przestrzeni publicznej, oby kierowały się dobrem wspólnym, przynajmniej interesem swoich czytelników, widzów czy słuchaczy, albo dziennikarską etyką zawodową wymagającą bezstronności i relacjonowania stanowiska wszystkich stron sporu. Niestety, w bezstronność mediów nie wierzą nawet czytelnicy szkolnych gazetek, skoro w telewizji publicznej można podziwiać oracje dziennikarzy lepiej od ekspertów znających się na wszystkim, lepiej od polityków reprezentujących interesy wyborców, lepiej od kapłanów interpretujących kanony wiary. Zapytani o uprawnienia czy to zawodowe, czy polityczne płynące wygrania wyborów, czy też kapłańskie ludzie ci milkną. Jasno widać, że ich uprawnienie do publicznego poniewierania choćby pochodzących z wolnych wyborów polityków są nadane przez jakieś nieujawnione opinii publicznej gremia rozgrywające swoje kampanie bez odsłaniania rzeczywistych celów.

Zupełnie inna sytuacja ma miejsce w mediach prywatnych. Tu pozornie każdy, kogo na to stać, może przebić ofertę konkurenta i kupić przychylność opiniotwórczego środka masowego rażenia. Ale nie za blok reklam, choćby najdroższych. Nie za wyrazy wdzięczności w stosunku do konkretnego decydenta w redakcji. Naturalnie, nie są to doraźne decyzje ze straganu z pietruszką a rozkładane na dziesiątki lat wielkie inwestycje kapitałowo-polityczne o charakterze globalnym. Wielkie stacje telewizyjne i wpływowe czasopisma są tylko po to zakładane, aby wpływać na opinię publiczną. Tym bardziej jednak drażni sytuacja, w której jakiś konkretny nadawca czy wydawca udający bezstronnego opowiada się wyraźnie i bez najmniejszego wstydu za albo przeciw jakiejś partii lub określonym politykom. Pojawia się pytanie: czy ten nadawca lub wydawca kupił polityka, czy jest kupiony przez polityka. A jeśli tak, to jaki jest strategiczny cel całego przedsięwzięcia. Np. jaki jest cel nieustannego szydzenia z polskich władz wybranych w demokratycznych wyborach? Czy to już jawne dążenie do destabilizacji naszego kraju, czy może tylko przygotowywanie wygranej w nadchodzących kolejnych wyborach np. sławnym obrońcom praw człowieka nigdy nie zmęczonym budowaniem lepszego jutra ludu miast i wsi.

A propos praw człowieka. Uprawnienie dziennikarza do opowiedzenia się po jednej ze stron konfliktu jest jak najbardziej dopuszczalne w obronie obywateli przed nadużyciami władzy, przed okradzeniem ze zdrowia, dobrego imienia, wolności obywatelskich, czy majątku. Władza pilnowana przez media może im wiele zawdzięczać, kiedy rzetelne i dobrze udokumentowane materiały dziennikarskie przyjmie za ważny wkład do poprawy swojej służby narodowi. Ot, choćby ukróci bizantyjski styl życia swoich prominentów, politykę rodzinną kończącą się na zadbaniu o interesy tylko własnej rodziny,. nie wspominając o odmienianej dzisiaj już przez wszystkie przypadki korupcji, zwykłym złodziejstwie, partyjniactwie, klientelizmie i wielu innych przywarach władz nie tylko poprzednich.

Nie trzeba dodawać, że najważniejszym prawem człowieka jest prawo do życia. Rozpoczęta przedwcześnie kampania przedwyborcza ma więc u swojego progu spór godny najwyższej uwagi. Imienne wyniki głosowań będą służyć za plakaty wyborcze, a ludziom pozostanie jeszcze dość czasu na wyłonienie takich partii, które będą rokować większą wiarygodność i takich kandydatów do władz państwowych, którzy potrafią dotrzymać danego wyborcom słowa.

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

Felieton w Radio Maryja, 20 kwietnia 2007

Szczęść Boże!

Jak Polska długa i szeroka słychać radość z decyzji UEFA. Polska i Ukraina jako gospodarze mistrzostw Europy w piłce nożnej stają przed nadzwyczajną szansą rozwoju gospodarczego, wręcz cywilizacyjnego, pokojowej integracji opartej o wspólne interesy. Zachowując pamięć o tragicznych wydarzeniach z przeszłości, pozostając przy własnej – jakże rozbieżnej – interpretacji wspólnej historii i niełatwego sąsiedztwa, Polacy i Ukraińcy razem przystępują do przedsięwzięcia na miarę epoki. Razom nas bohato, nas ne podołaty!

Jasno określony cel i krótki termin wykonania gigantycznych zadań to najlepsze gwarancje skuteczności decyzji władz obu naszych słowiańskich państw, w których niełatwo o zaufanie do rządzących, obywatelskie posłuszeństwo jest rzadkością, a zdolność do jakichkolwiek wyrzeczeń dla wspólnego dobra prawie nie istnieje z wyjątkiem sytuacji skrajnego zagrożenia.

Szacuje się, że przy organizacji i obsłudze mistrzostw Europy powstanie 100 000 miejsc pracy. Spodziewany wzrost zatrudnienia przychodzi w chwili, w której przeważająca według wielu ocen większość młodych ludzi chce za pracą wyemigrować, nie godząc się na niskie płace w Ojczyźnie. Szkoda, że z pierwszych enuncjacji władz wynika, że autostrady, tory, hotele i stadiony dla potrzeb EURO 2012 będą budować przybysze z Azji a nie ściągnięci z powrotem do domu wyraźną poprawą zarobków ludzie, którzy musieli lub chcieli wyjechać za chlebem. Może warto włożyć więcej wysiłku w wykorzystanie mistrzostw jako środka ratowania ludzi przed wygnaniem na obczyznę, jako sposobu na ponowne połączenia się rodzin, jako dowodu do okazania wątpiącym, że właściwie nie ma żadnych istotnych przyczyn pozostawania z dala od kraju i ponoszenia kosztów emigracji. Nie mając wątpliwości, co do politycznego charakteru decyzji UEFA, nie traktujmy całego przedsięwzięcia jako cel sam w sobie, a uczyńmy z niego wspólnym wysiłkiem dobre narzędzie uporania się z problemem najważniejszym, jakim jest zagrożenie depolonizacją Polski.

Świat jest pełen emigrantów z Polski i Ukrainy. Dobrze byłoby wreszcie pozytywnie odpowiedzieć na powtarzające się od lat nawoływania Polonii o poważny program popierania jej inwestycji w starym kraju, o przyjazne traktowanie przedsiębiorców i fachowców, którzy chcą zaangażować się w różne przedsięwzięcia, a zamiast pomocy naszych władz, napotykają na większe przeszkody i biurokratyczne utrudnienia niż osoby zupełnie z Polską nie związane. Polacy żyjący za granicą w drugim, trzecim i dalszych pokoleniach są wiernymi obywatelami swoich krajów, często mają za sobą wspaniały awans społeczny, mogą się wykazać dobrym wykształceniem, majątkiem, przedsiębiorczością, wielkimi osiągnięciami i – co dla nas najważniejsze – dumą ze swoich polskich korzeni, przywiązaniem do tradycji i bardzo często siłą wiary, jakże wzmocnioną przez pontyfikat Jana Pawła II. Czy nadal można odrzucać ich gotowość do inwestowania w Polsce? A niechby EURO 2012 wypełniło jeszcze rolę narzędzia odzyskiwania osób polskiego pochodzenia dla Polski. Po co nam pośrednicy, skoro możemy sięgać do nieprzebranych zasobów doświadczenia, kontaktów biznesowych i energii Polonii.

Od czasu odzyskania suwerenności Polska jest niezawodnym sojusznikiem Ukrainy, niezwykle mocno angażując się po stronie wzmocnienia międzynarodowej pozycji naszego wielkiego sąsiada i przyczyniając się do jego osiągnięć politycznych. Współpraca przy wykonywaniu tysięcznych zadań na rzecz sukcesu mistrzostw Europy w piłce nożnej w Polsce i na Ukrainie może też zaowocować przeniesieniem wspólnych interesów na inne kontynenty, gdzie obok siebie żyją potomkowie emigrantów z obu krajów. Trochę dobrej woli, trochę wyciszenia wspomnień, trochę chrześcijańskiego przebaczenia, a już jawi się atmosfera kochanego przez wszystkich Lwowa, miasta pięknie rozkwitłego siłą różnorodności mieszkańców.

Może to Lwów powinien być kulturalną stolicą EURO 2012? Przynajmniej u nas we Wrocławi, bylibyśmy tym szczerze zachwyceni!

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

Felieton w Radio Maryja, 27 kwietnia 2007

Szczęść Boże!

W środę 25. kwietnia 2007r. pod hasłem: Geny nie są na sprzedaż! Tradycyjne i ekologiczne rolnictwo zamiast GMO! odbył się MIĘDZYNARODOWY SZCZYT ANTY-GMO NA WAWELU.

Organizatorzy tego niezwykłego wydarzenia – pani Jadwiga Łopata i sir Julian Rose stojący na czele Międzynarodowej Koalicji dla Ochrony Polskiej Wsi nie mają wątpliwości, że przyszłość Polski – jako najważniejszej w Europie Strefy Wolnej od GMO – wisi na włosku. Presja ze strony korporacji, by otworzyć rynek dla komercyjnych upraw GMO staje się coraz silniejsza, mimo, że Polacy powszechnie i stanowczo odrzucają GMO.

W konferencji na Wawelu wziął udział dr Arpad Pusztai najbardziej znany na świecie naukowiec badający wpływ organizmów genetycznie modyfikowanych na zdrowie zwierząt laboratoryjnych, Percy Schmeiser, kanadyjski rolnik, który od lat prowadzi walkę z firmą Monsanto oraz Michel Dupont z Francji, uczestnik wieloletniej dramatycznej walki francuskich rolników przeciw uprawom GMO.

Pani Jadwiga Łopata i sir Julian Rose są przekonani że obecnie Polska jest pod silnym wpływem lobbingu entuzjastów GMO, co zagraża zniszczeniem ostatniego bastionu tradycyjnego, proekologicznego rolnictwa. Stracimy możliwość eksportu naszej żywności poszukiwanej dlatego, że nie jest skażona organizmami genetycznie modyfikowanymi.

Dr Arpad Pusztai, Węgier który prowadził badania w Anglii, powiedział:

Ponieważ nasza znajomość genomu roślinnego jest słaba, a technologie składania genów wciąż nie zostały dopracowane, obecne uprawy roślin genetycznie modyfikowanych zagrażają zdrowiu ludzi i mogą przynieść szkodę środowisku naturalnemu. Ryzyko nieprzewidywalnych efektów ubocznych jest znacznie większe niż jakiekolwiek potencjalne korzyści. Nie wolno nam dopuszczać do spożywania produktów tej raczkującej nauki i musimy zakazać uwalniania roślin genetycznie modyfikowanych do środowiska, skąd ich nie będzie można już nigdy wycofać…

Percy Schmeiser z Kanady alarmował:

Walczymy z Monsanto z bardzo ważnego powodu. Zniszczyli to, co moja żona i ja wyhodowaliśmy przez ponad 50 lat. Nasze nasiona rzepaku były odporne na najróżniejsze choroby, jakie występują na stepach. Zniszczyli to, co było wynikiem naszych badań i upraw. Jestem przekonany gdybym ja to zrobił na polach firmy Monsanto, poszedłbym do więzienia. Ale im wolno skażać nasze pola i niszczyć dzieło naszego życia. I na dodatek to oni wnieśli do sądu sprawę przeciw mnie. Gdy w 1996 r. został wprowadzony genetycznie zmodyfikowany rzepak, nie było nikogo, kto potrafiłby nam powiedzieć, co z tego wyniknie. Dziś na całym świecie są ludzie świadomi tych skutków dzięki naszym doświadczeniom: skażenia, zubożenia różnorodności gatunkowej, zanieczyszczenia czystego materiału siewnego i odebranie prawa wyboru…

Guy Kastler z Francji wystąpił z ostrzeżeniem:

Francuscy rolnicy sprzedają większość swych produktów we Francji i w Europie, czyli na rynkach znanych z nieakceptowania GMO. Najmniejsze zagrożenie skażeniem przez GMO spowoduje utratę zaufania klientów i bankructwo wielu tysięcy rolników. W interesie francuskiego rolnictwa leży ochrona jego najbardziej dochodowego rynku, a nie ryzykowanie jego utraty w imię pogoni za mniej dochodowym rolnictwem niszowym dzięki któremu wzbogacą się jedynie ponadnarodowe firmy produkujące nasiona…

Odpowiadając na zaszczycające mnie zaproszenie organizatorów wygłosiłem wykład lekarza epidemiologa pt. ZAGROŻENIA ZDROWIA ZE STRONY ORGANIZMÓW GENETYCZNIE MODYFIKOWANYCH a do materiałów konferencyjnych dołączyłem swój Głos pierwszy do wydania polskiego światowego bestsellera J. M. Smitha NASIONA KŁAMSTWA (ang. SEEDS OF DECEPTION), wydawnictwo Fundacji PRO SCIENTIAE z Poznania właśnie trafiające do rąk czytelników.

Oto początkowy fragment mojego wstępu do książki NASIONA KŁAMSTWA:

Od kilkunastu lat wszystko co żyje na naszym świecie jest przedmiotem eksperymentu. Kilkanaście lat w dziejach życia na Ziemi to chwila bez znaczenia, chyba, że akurat wydarzy się katastrofa. Od uderzenia meteorytu podobno wyginęły dinozaury. Od ciosów obecnie zadawanych naturze może paść drzewo życia dobrze zakorzenione na naszej planecie i wyrosłe w oparciu o zrozumiały dla nas plan.

Dzięki geniuszowi ludzkiego intelektu poznajemy reguły genetyki. Człowiekowi jednak nigdy nie wystarcza sam opis rzeczywistości. Nie oglądając się na konsekwencje, każde odkrycie musi wykorzystać dla zysku. Wszak uświęca środki cel wojny – wojny o panowanie nad światem toczonej na froncie gospodarki, przechodzącym od czasu do czasu w działania militarne. A wojna, jak wiadomo, jest matką wynalazków. W tym przypadku – tworzenia nowych organizmów.

Jednostki biologiczne, zdolne do replikacji i przenoszenia materiału genetycznego, w których materiał genetyczny został zmieniony w sposób niezachodzący w warunkach naturalnych, powinny być zamknięte w hermetycznie szczelnych budynkach o podwójnej pancernej pokrywie, która natychmiast zalewana jest formaliną, kiedy tylko zaistnieje ryzyko ich uwolnienia do środowiska. W brytyjskim hrabstwie Kent w tak zbudowanej szklarni prowadzona jest hodowla genetycznie modyfikowanego tytoniu.

Ale nawet najbardziej kosztowne zabezpieczenia nie budzą zaufania. Badania opinii publicznej w Unii Europejskiej, okazują się nie tylko miażdżące dla żywności genetycznie modyfikowanej, lecz także ujawniają, że tylko co czwarty Europejczyk wyraża zgodę na produkcję pod rządami obowiązującego prawa środków farmakologicznych metodami rolnictwa molekularnego w zamkniętych szklarniach. Tymczasem wynajęte przez właścicieli patentów na transgeny psy wojny działające w nauce, polityce i gospodarce uparcie zabiegają o proliferację biologicznej broni masowego rażenia.

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

Felieton w Radio Maryja, 4 maja 2007

tylko audio

Felieton w Radio Maryja, 11 maja 2007

Szczęść Boże!

Już nie dyskutujmy – powiedział w dniu 10 maja 2007r. wicemarszałek Sejmu pan Jarosław Kalinowski, nie dopuszczając do kolejnej wymiany zdań w sprawie systemu ochrony zdrowia w Polsce.

No właśnie. Już nie dyskutujmy a zacznijmy rozliczać za dostrzegalne przez wszystkich osiągnięcia. Niech rozliczy każdy według swojej wiedzy i doświadczenia. Każdy pacjent i jego bliscy, każdy lekarz, każda pielęgniarka i wszyscy inni pracownicy ochrony zdrowia i ich rodziny. Każdy ekspert i prognosta, zarówno ten, który podnosi alarm w związku z lawinowo narastającą depolonizacją Polski, jak i ten, który liczy bieżące i przyszłe zyski z tego procederu. Już nie dyskutujmy. Zacznijmy się ratować.

W maju 2007 roku należy zdać sobie sprawę, że pustkę po wypędzonych za granicę lekarzach i pielęgniarkach przez krótki czas wypełnią emeryci, a po ich odejściu pozostałym jeszcze w kraju Polakom pozostanie tylko najbardziej popularyzowana forma znachorstwa, jaką jest medycyna reklamowa. Zgodnie z instrukcją płynąca z telewizyjnych reklam cierpiący ludzie będą czytać ulotki albo konsultować się z farmaceutą, ale już nie z lekarzem. Wobec braku lekarzy, ludziom innych zawodów pozostanie samodiagnozowanie się w oparciu o informacje zawarte w ulotce napisanej przez producenta środka farmaceutycznego albo też poleganie na rozpoznaniu, które postawi farmaceuta, czy to przez okienko nad apteczną ladą, czy może na zapleczu apteki, ale zawsze z naruszeniem ustawy o zawodzie lekarza. System lecznictwa oparty o sprzedaż leków bez recepty i zastąpienie lekarzy ulotkami i farmaceutami byłby niezłym tematem dla kabaretu, gdyby nie tragiczne skutki kumulujących się dawek środków przeciwbólowych bez umiaru przyjmowanych przez ludzi bezskutecznie szukających możliwości wyleczenia przyczyn a nie tylko znieczulenia bólu.

Uprawiane przez miliony Polaków samodiagnozowanie się i samoleczenie według wskazań reklam telewizyjnych nie znajduje żadnego odporu ze strony władz państwowych, tym samym obciąża polityków odpowiedzialnych za zdrowie narodu. Równoczesna silna zależność prasy, radia i telewizji od reklamodawców powoduje, że w Polsce nie może zadziałać charakterystyczny dla zachodnich demokracji wentyl bezpieczeństwa w postaci niezależnego dziennikarstwa. W rezultacie reklama leków przeciwbólowych goni reklamę artykułów spożywczych będących przyczyną bólu, bo nafaszerowanych substancjami wzmacniającymi smak i zapach, konserwantami, farbami i aromatami, a konsument ogłupiany już od dzieciństwa reklamami nie ma szans na wyrobienie sobie opinii o rzeczywistej wartości i prawdziwych zagrożeniach ze strony reklamowanych produktów.

O kilku dni brytyjskie media szeroko komentują najnowsze doniesienia naukowe o skutkach spożywania chemikaliów dodawanych do artykułów spożywczych. Polskie środki masowego przekazu, łącznie z publicznym radiem i telewizją, mającymi za podatki i abonament realizować misję społeczną, milczą – jak zwykle – w takiej sprawie, nie chcąc narażać się reklamodawcom.

A sprawa jest pierwszorzędnej wagi i do tego pochodzi z miarodajnego źródła. Oto Uniwersytet Southampton na zlecenie Food Standards Agency, czyli Agencji ds Standardów Żywności brytyjskiego rządu, przeprowadził badania dzieci w wieku od trzech do dziewięciu lat, w których pożywieniu znalazły się artykuły spożywcze, zawierające takie barwniki, jak: tartrazyna – E 102, czerwień koszenilowa – E 124, żółcień pomarańczowa S – E 110, azorubina – E 122, żółcień chinolinowa E 104 i czerwień allura AC – E 129. Badania dotyczyły również najbardziej niebezpiecznego konserwantu, jakim jest benzoesan sodu E 211.

Przeprowadzono pomiary przeciętnego spożycia tych dodatków do żywności oraz ich wpływ na zachowanie małych konsumentów. Potwierdziły się wcześniejsze doniesienia, że dzieci narażone na chemikalia dodawane do żywności i napojów wykazują nadmierną pobudliwość ruchową, trudności z koncentracją, napady złego zachowania i reakcje alergiczne. Wchodzący w skład Agencji ds Standardów Żywności Komitet ds. Toksyczności chemikaliów w środkach spożywczych uznał, że wyniki badań mają ważne znaczenie dla zdrowia publicznego.

Wyniki pierwszych prac badawczych sprzed siedmiu lat znanych jako badania na Wyspie Wight wykazały, że eliminacja barwników i innych dodatków z pożywienia może przynieść istotną poprawę zachowania dzieci. Jednak w 2002 roku Komitet ds. Toksyczności chemikaliów w środkach spożywczych stwierdził, że te wyniki nie pozwalały na wyciągnięcie ostatecznych wniosków i zlecił kolejne badania.

Ale pod wrażeniem obecnych doniesień większość brytyjskich sieci detalicznych dostosowuje do narastającego niepokoju konsumentów swoją politykę w stosunku do syntetycznych barwników i aromatów, łącznie z ich zupełnym wycofaniem z napojów bezalkoholowych sprzedawanych pod własną marką.

Ze swej strony muszę dodać, że związek wielu dodatków do żywności z chorobami alergicznymi skóry, zwłaszcza z pokrzywką czy atopowym zapaleniem skóry jest znany lekarzom od dziesiątków lat, ale skoro obecnie w Polsce lekarzy ubywa, to i nie ma kto ostrzegać konsumentów przed masowym i bezkrytycznym poddawaniem się presji reklam napojów i innych artykułów spożywczych pełnych szkodliwych chemikaliów.

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

Felieton w Radio Maryja, 18 maja 2007

Szczęść Boże!

“Sprawa dla Reportera” należy od lat do najbardziej popularnych programów publicznej Telewizji Polskiej. Pani redaktor Elżbieta Jaworowicz przedstawia poruszającą dokumentację filmową ludzkich nieszczęść, docieka ich przyczyn i wreszcie stawia winowajców pod pręgierz opinii publicznej.

Zadaniem tego programu jest zderzyć wypowiedź ofiary i jej kata. Zwykły szary człowiek: mieszkaniec, pracownik, przedsiębiorca to z reguły osoba pokrzywdzona, a przedstawicielowi administracji państwowej czy samorządowej pisana jest rola winowajcy. Na sali nie może też zabraknąć szczerych obrońców ludu: posłów, senatorów, działaczy społecznych, autorytetów naukowych, prawnych i moralnych. To oni rozsądzają spory, wyjaśniają i doprowadzają do sytuacji, w której red. Jaworowicz może postawić kropkę nad i w postaci potwierdzenia tezy zawartej w wyjściowym materiale filmowym.

Na arenie studia telewizyjnego dochodzi do ostrej wymiany słów, kłótni i niekontrolowanych wybuchów emocji. Na szczęście – nieszczęście program jest nagrywany z kilkutygodniowym wyprzedzeniem i do emisji pozostaje sporo czasu na zgrabne poszatkowanie i poklejenie materiału, który nawet po ocenzurowaniu zapiera dech w piersiach widzów TVP.

Dyskusja telewizyjna, której nagranie odbyło się w połowie maja 2007r. miała na celu potwierdzić wyjściową tezę o tym, że wbrew nadziejom Polska nadal nie jest Polską naszych oczekiwań, a to z powodu krzywdzącego ludzi prawa i bezduszności urzędników.

Główne miejsce po stronie oskarżycieli zajmował pan prezes Roman Kluska, zaś miejsca zarezerwowane dla oskarżanych osób i instytucji przydzielono przedstawicielkom urzędu wojewódzkiego i państwowej inspekcji sanitarnej. Mając zaszczyt być ulokowanym obok reprezentującej Główny Inspektorat Sanitarny wybitnej znawczyni prawa sanitarnego w zakresie bezpieczeństwa żywności, z przykrością wysłuchiwałem bojowych okrzyków pani red, Jaworowicz, głoszącej publicznie – choć poza mikrofonem – jaką to niechęć żywi do sanepidu z powodu nieżyciowych wymagań sanitarnych, które niszczą drobną przedsiębiorczość i nie pozwalają w naszym kraju na rozwój produkcji całego szeregu atrakcyjnych wyrobów, takich samych, jakimi chlubi się wieś grecka, włoska, czy francuska – od plejady serów krowich, kozich i owczych po rozmaitość wyrobów mięsnych i innych pyszności. No po prostu sanepid kładzie się kłodą na drodze do dobrobytu polskiej wsi.

Mając w pamięci nieraz formułowane przez partyjnych bonzów PRLu oskarżenie, że sanepid przeszkadza, bo nie pozwala, aby Polska rosła siłę, a ludzie żyli dostatniej, zacząłem nie na żarty przymierzać się do publicznego starcia o dobre imię państwowej inspekcji sanitarnej, której w obecnym czasie można wiele zarzucić, ale na pewno nie nadgorliwość w działaniach na rzecz ochrony zdrowia publicznego. Niedoczyszczona ze starych i opanowana przez nowych partyjnych nominatów, od lat wykrwawiana przez redukcję kadr, zagrażającą reductio ad absurdum jeśli chodzi o osiąganie ustawowych zadań, i co rusz to paraliżowana przez rozmaite wcielenia Wielkiego Brata, służba sanitarno-epidemiologiczna wymaga ze strony Polaków silnego wsparcia za profesjonalizm kierujący się kodeksem etyki lekarskiej i bezkompromisowe egzekwowanie prawa sanitarnego. Oczywiście, usytuowanie Państwowej Inspekcji Sanitarnej w podległości do ministra zdrowia w praktyce czyni tę służbę kontrolą wewnętrzną resortu zdrowia, np. w obszarze nadzoru nad jednostkami podległymi ministrowi zdrowia albo polityki zdrowotnej, za którą odpowiada minister zdrowia. Tu trzeba szukać przyczyn ludzkich dramatów na masową skalę, których można byłoby uniknąć, gdyby w obronie zdrowia publicznego mógł stanąć inspektor podległy nie ministrowi zdrowia, a tym samym nie radzie ministrów rządzących się rozmaitymi interesami a Sejmowi, tak jak podległa Sejmowi jest Państwowa Inspekcja Pracy. Warto zauważyć, że zakres zadań Państwowej Inspekcji Pracy jest nieporównywalnie mniejszy i mniej skomplikowany od zakresu zadań Państwowej Inspekcji Sanitarnej. Skoro Państwowa Inspekcja Sanitarna w znaczącym zakresie swojej działalności jest kontrolą wewnętrzną ministra zdrowia, to Inspekcja Weterynaryjna jest w całości kontrolą wewnętrzną ministra rolnictwa i rozwoju wsi. A jak wiadomo, pies nie gryzie własnego ogona, nawet, jeżeli za nim goni.

Wymieniłem dopiero dwie instytucje zajmujące się urzędową kontrolą żywności, a przecież jest ich znacznie więcej, łącznie co najmniej osiem. Wszystkie inspekcje mają swoje ustawowe obowiązki do wykonania, swoich przełożonych na szczeblu centralnym i terenowym, siedziby, transport, obsługę prawną i każdą inną. I wszystkie razem rozpoznawane są jako sanepid!. Naprawdę! Nawet przez samą panią redaktor Jaworowicz i samego pana prezesa Kluskę! Czy to nie zadziwia, że osoby tak dobrze poinformowane i tak opiniotwórcze nawet nie wyobrażają sobie, do jakiego rozproszenia doszło w zakresie urzędowej kontroli żywności, nie wiedzą, za co odpowiadają poszczególne inspekcje i jakie są aktualnie obowiązujące przepisy sanitarne. A co wobec tego mają powiedzieć właściciele drobnych gospodarstw rodzinnych? Ciężko pracujący od rana do nocy rolnicy, którzy nie mają żadnego dostępu do informacji prawnej i nie mieli żadnych szans dowiedzieć się o wejściu w życie na początku 2007r. Rozporządzenia Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi z dnia 15 grudnia 2006r. w sprawie szczegółowych warunków uznania działalności marginalnej, lokalnej i ograniczonej, który to przepis prawny dopuszcza idącą w nawet w tony tygodniowo produkcję mlecznych, mięsnych i rybnych wyrobów polskiej wsi do międzynarodowej konkurencji o klientów szukających radości z dobrego jedzenia, oczywiście charakteryzującego się bezwzględnie gwarantowanym siłą Państwa Polskiego bezpieczeństwem dla zdrowia i życia konsumentów.

Objaśnienie w tej sprawie pan prezes Roman Kluska otrzymał już po nagraniu. Publicznego starcia o sanepid nie było. Podkreślić wypada wspaniałe przesłanie innych wątków dyskusji kierowanej przez panią red. Elżbietę Jaworowicz.

Ta “Sprawa dla Reportera” ma ukazać się 29. maja 2007r. i powinna być dedykowana wszystkim odpowiedzialnym i za niezrozumiałe prawo i za brak popularyzacji prawa, kiedy może ono dobrze służyć ludziom. Wyczulonym na próby zniewolenia Polakom łatwo dostrzec, że obok totalitaryzmu czerwonego i brunatnego istnieje także totalitaryzm złoty, od koloru złota, które niszczy wszystko co dobre na tym świecie. Jednym z celów totalitaryzmu złota – pieniądza jest zagłada gospodarstw rodzinnych i zmonopolizowanie produkcji żywności za pomocą narzucania narodom tak skomplikowanego prawa, że ani nie da się go wykonać, ani wyegzekwować.

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

brak audio

Felieton w Radio Maryja, 25 maja 2007

Szczęść Boże!

Jak kapłan o duszę, tak lekarz o ciało każdego człowieka walczy bez wytchnienia. W efekcie obie te misje doskonale uzupełniają się. Walka o każdy dzień, tydzień, miesiąc i rok życia ciała człowieka najczęściej owocuje dojrzałością zamieszkałej w tym ciele duszy. Dojrzałością cieszącą Pana Boga, duszpasterzy i bliźnich. Zwykle inne jest postrzeganie świata przez człowieka w pełni sił, do tego łatwo ulegającego pokusom, inne u tej samej osoby, która w ciągu jednej sekundy staje się śmiertelną ofiarą wypadku i konając, zdaje sobie nagle sprawę, że traci nie tylko życie doczesne, ale przede wszystkim wieczne. Jeszcze inną wizję świata ma ktoś, kto nawet ciężko chorując, dzięki podtrzymywanej przez lekarzy świadomości zdąży pogodzić się z Panem Bogiem i dać zadośćuczynienie bliźnim. Zdąży, o ile będzie miał dostęp do kapłanów i lekarzy.

Zbieżność celów misji kapłanów i medyków, czyli lekarzy dusz i ciał, była i jest intuicyjnie rozpoznawana od zarania ludzkości przez wszystkie ludy przydzielające prawie zawsze tym samym osobom obowiązki i przywileje związane z uzdrawianiem i cielesnych i duchowych dysfunkcji ludzi potrzebujących pomocy. Dla tych nielicznych w skali rozwoju istoty ludzkiej, którzy dotychczas mieli możność poznać Dobrą Nowinę, wszystko jest jasne. Ozdrowieńcza moc wiary i modlitwy jest poza wszelką wątpliwością znana każdemu chrześcijaninowi i udokumentowana nie tylko w Piśmie Świętym, lecz także osobistym doświadczeniem wielkiej rzeszy chorych i ich rodzin. Medycyna jako nauka empiryczna opierać się powinna na dowodach i dowody na cudowne uleczenia tych, którzy zaufali potędze wiary i modlitwy, nie mogą być pomijane przez medycynę,.

Z uwagi na swoją rolę społeczną kapłani i lekarze w każdej normalnej społeczności cieszą się szacunkiem odpowiadającym wartościom, którym służą. Żądna normalna społeczność nie głodzi swoich kapłanów i lekarzy. Jednak stosunek do dóbr materialnych zależy od jednego lub drugiego powołania. Inny jest u osób życia konsekrowanego, inny u lekarzy. Są ludzie obdarzenia łaską obydwu powołań. Ale od nikogo nie można żądać, aby postępował zgodnie z powołaniem, którego po prostu nie ma. Dla dobra wspólnego nie wolno na ludzi zastawiać pułapek. Każdy jest omylny i grzeszny i może się zdarzyć, że dopuści się przestępstwa, nawet zbrodni. Z wielką korzyścią dla dobra wspólnego jest minimalizować szkody czynione przez błądzących kapłanów i lekarzy, dyskretnie i skutecznie wykorzystując wewnętrzne systemy nadzoru i kontroli w diecezjach, zakonach i izbach lekarskich. Kiedy te systemy nie działają, ludzie sprzeniewierzający się swojemu powołaniu w poczuciu bezkarności wychodzą daleko poza ślubowane lub przyrzeczone normy zachowania i naruszają obowiązujące wszystkich prawo. Aparat ścigania i wymiar sprawiedliwości muszą wykonywać swój obowiązki bezstronnie i skutecznie, zachowując nie więcej poszanowania dla wizerunku człowieka oskarżonego i skazanego niż nakazuje prawo, nawet jeśli ujawniane w ramach prawa fakty przynoszą szkodę winowajcom.

Trzeba jednak dodać, że ujawnienie nieprawości pojedynczej osoby cieszącej się zaufaniem publicznym rzuca cień na wszystkich pełniących taką samą rolę społeczną. Jeżeli jest to osoba winna, spotyka ją zasłużona kara. Ale na pozostałych spada kara niezasłużona. Mało tego. Kara spada na ludzi, którym zabrano zaufanie do kapłanów i lekarzy, na naród nagle osierocony, odarty z poczucia bezpieczeństwa, pozbawiony pomocy w sprawach najważniejszych, dotyczących ratowania życia wiecznego i doczesnego. Winowajca wie, za co cierpi. A za co cierpi naród? Za co cierpią ludzie w potrzebie, którym odebrano dostęp do osób wypełniających role kapłanów i lekarzy, role uznawane za niezbędne w każdej ludzkiej społeczności czy to zamieszkałej w dżungli afrykańskiej, czy też wielkomiejskiej?

Stąd w interesie publicznym, nie żadnym kastowym, jak się niektórym wydaje, jest umacnianie przekonania, że stan kapłański i lekarski dysponują doskonałymi mechanizmami samooczyszczania się z osób niegodnych deklarowanego powołania. Zobaczyć, to uwierzyć. Ludzie widząc, że przypadki faktycznych przestępstw i zawinionych przez lekarzy błędów systematycznie spadają, przywrócą zaufanie do przedstawicieli tego zawodu, bez których przecież żyć się nie da. Wówczas nawet zmasowane akcje przeciwko lekarzom spalą na panewce, tak jak spełzło na niczym propagandowe bombardowanie Kościoła Katolickiego w naszym kraju. Na wielu księży i zakonników bez winy nałożono niezasłużoną karę w postaci wykreowanego odium społecznego, ale fałszywe oskarżenia miały nikły wpływ na podważenie zaufania Polaków do kapłanów. Kościół wyszedł obronną ręką, bo był czysty. W obronie duszpasterzy stanęli wierni. Wiedząc, co mogą stracić, wystąpili przeciwko próbom ograbienia z zaufania do kapłanów. Ta próba zawłaszczenia świadomości Polaków się nie powiodła, choć okradła niektórych z religijności.

Antyreligijność jest chorobą ciężką, ale uleczalną. Można powiedzieć, że to choroba wieku dorastania do pełni człowieczeństwa, z upływem lat ustępującą w miarę pojawiania się w życiu każdego człowieka dowodów na to, że jest się tylko człowiekiem. Kruchym, słabym i wcale nie wszechmocnym. Niektórzy mają szczęście doznać łaski cudu, w jednej chwili diametralnie zmienić swój światopogląd i z zaciekłych wrogów wiary stać się ufnymi dziećmi Bożymi. Inni muszą po prostu dożyć do tego zwrotnego momentu w swoim życiu. Jest to niemożliwe bez udziału ludzi, których powołaniem jest ochrona życia i zdrowia ludzkiego, zapobieganie chorobom, leczenie chorych i niesienie ulgi w cierpieniu.

I to jest jeden z najważniejszych powodów, dla których należy stanąć w obronie zawodu lekarskiego, którego wyjątkowa w skali świata poniewierka zaczęła się w Polsce za Stalina i trwa nadal.

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

Felieton w Radio Maryja, 1 czerwca 2007

Szczęść Boże!

Szerokim echem niesie się po Polsce i całym świecie jedyna w swoim rodzaju wojna psychologiczna z lekarzami. Trudno przewidzieć, do czego jeszcze może dojść, ale już dotychczasowy rozwój wypadków nie znajduje precedensu w cywilizowanym świecie i wprost poraża ładunkiem wrogości w stosunku do zawodu lekarza. Dzień w dzień słychać coraz to bardziej oburzające wypowiedzi na temat lekarzy, a nawet pełne pogardy w stosunku do medycyny, n. p. szpitalnej. I kto to mówi! Można się zapytać: gdzie my jesteśmy? Na jakim etapie rozwoju cywilizacyjnego? Do czego doprowadzi ta wojna z medycyną?

W dniu dziecka nie sposób nie odnieść się do chyba najbardziej podłego aktu przemocy wobec lekarza. Każdy, kto słyszał wypowiadane przez łzy słowa dr Ewy Sowińskiej, wypełniającej swoją lekarską misję w roli rzecznika praw dziecka, zdaje sobie sprawę, co może spotkać lekarzy, gdy postępują zgodnie ze swoim sumieniem. Uważam, że wyemitowane w dniu 31 maja 2007 r. słowa dr Sowińskiej, mają tak nadzwyczajną wartość dokumentacyjną, że należy ich nagranie wielokrotnie powtórzyć, a tych, którzy korzystają z nowoczesnej techniki będącej w coraz powszechniejszym użyciu, zachęcić do ściągnięcia pliku mp3 z adresu internetowego http:// [www[1].radiomaryja.pl]2007.05.31.akt02.mp3 na swoje odtwarzacze i udostępniania go innym, którzy jeszcze nie wiedzą, na jakim świecie żyją.

Prowokacja, lżenie, oczernianie, szydzenie nalezą do odrażającego arsenału brunatnych i czerwonych bojówkarzy, zawsze były i są nadal, także w Polsce, chętnie wykorzystywane do napaści z powodów religijnych, rasowych czy narodowościowych, i to – o dziwo – w naszym kraju najczęściej są to ataki ze strony antypolskich i antykatolickich mniejszości na większość, ale żeby napadać na lekarzy i medycynę! To dopiero aberracja! Ludzie pod wpływem tego rodzaju nagonki zaczynają widzieć w każdym lekarzu przestępcę i w sytuacjach krytycznych dopuszczają się agresji słownej, a nawet czynnej napaści w stosunku do lekarzy sumiennie wypełniających swoje obowiązki. Pełni poświęcenia pacjentom, nie wychodzący przez po pół tygodnia ze szpitala, z oczywistych względów utrzymujący swoją wiedzę na aktualnym poziomie światowym, są zmuszani do nierównej walki o dobre imię własne i swojego zawodu. Wiedza będąca dorobkiem całego życia, umiejętności zdobyte z praktyką liczoną na dziesiątki lat, motywacja wynikająca z powołania i silnego poczucia misji, nagle okazują się problematyczne, podjęte przez lekarzy decyzje są podważane, każdy kto chce wypowiada się jakby dysponował wiedzą specjalną. Nieuchronny zgon osoby bliskiej, nieuniknione pogorszenie stanu zdrowia, wysoce prawdopodobne powikłania leczenia farmakologicznego, czy zabiegu operacyjnego bywają powodem niekończącej się fali oskarżeń i pomówień, a doniesienie o podejrzeniu przestępstwa ląduje na biurku prokuratora. Lekarzowi, któremu w Polsce nie przysługuje żadna ochrona zagwarantowana w Kodeksie Pracy innym zawodom, przychodzi w ramach czasu wolnego od zajęć służbowych dodatkowo tłumaczyć się na policji, w prokuraturze i w sądzie z ułomności ciała i psychiki pacjenta oraz z wadliwości systemu opieki zdrowotnej. Na bezpośrednie zagrożenie zdrowia i życia lekarz narażony jest w pomocy wyjazdowej. Kiedy nie zdoła wytłumaczyć się w przypadku opóźnionej interwencji pogotowia ratunkowego, które nie może przedrzeć się przez zakorkowane ulice, może paść ofiarą linczu. Do pobić lekarzy dochodzi nawet w szpitalnych izbach przyjęć. Czy to już dżungla?

Położyć kres temu dramatowi medycyny w Polsce może tylko publiczna dyskusja pomiędzy oficjalnymi przedstawicielami wszystkich stroni konfliktu. Zdrowie Polaka, na którego straży zgodnie z konstytucją mają stać władze publiczne, nie może być zabawką w rękach polityków, ani też kartą przetargową w politycznych rozgrywkach, czy grą na skompromitowanie takiej czy innej partii politycznej. Jak wiadomo, rząd nie tylko się wyżywi, ale i się wyleczy. Oprócz możnych i wpływowych, którzy mają zawsze zagwarantowany dostęp do nowoczesnej medycyny, jest w Polsce kilkadziesiąt milionów ludzi mało- lub średnio-zamożnych z przerażeniem przyglądających się rozwojowi spraw. Dziesiątki milionów ludzi liczą na stały i niezakłócony dostęp do lekarza w przychodni i szpitalu. Należą do nich rodziny oczekujące dziecka, rodzice małych dzieci i rodziny osób w podeszłym wieku, ludzie przewlekle chorzy i cierpiący na schorzenia, które w razie braku pomocy lekarskiej mogą doprowadzić do nagłego zgonu, wreszcie ludzie odczuwający silne bóle, w różnych stadiach ciężkich chorób, którym ulgę w cierpieniu może przynieść tylko lekarz. Te dziesiątki milionów ludzi płacą rozmaite daniny na utrzymanie naszego wspólnego dobra – Państwa Polskiego. W zamian oczekują cywilizacyjnego minimum, którym jest bez wątpienia niezawodny system opieki zdrowotnej. Niezawodnego systemu opieki zdrowotnej nie da się zamienić niczym. Ani pysznieniem się z wysokiego tempa rozwoju gospodarczego, ani perspektywą korzyści z Euro 2012. Ludziom, którzy nie otrzymują na czas właściwej pomocy lekarskiej, wysokie tempo rozwoju gospodarczego i korzyści z Euro 2012 są zupełnie obojętne, a powtarzanie ich w zamian za natychmiastową naprawę chorego lecznictwa, budzi najgorsze wspomnienia propagandy PRLu.

Zaskakuje milczenie Naczelnej Izby Lekarskiej. Przynależność do izb lekarskich jest obowiązkowa, a opłacanie składki członkowskiej wymagane prawem, od zaległych składek nalicza się odsetki ustawowe. Po dodaniu przychodów z innych źródeł, choć po odjęciu kosztów utrzymania struktury, kadr i finansowania szeregu zadań wysokiej rangi państwowej, dałoby się zapewne opłacić profesjonalną kampanię informacyjną w obronie godności zawodu lekarza i w obronie zaufania pacjentów do ich lekarzy.

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

Felieton w Radio Maryja, 8 czerwca 2007

Szczęść Boże!

Nie ma pieniędzy na podwyżki dla lekarzy. Członkowie rządu z premierem i wicepremierami na czele, koalicja i korzystająca z niebywałej okazji opozycja powtarzają bez zająknięcia: lekarzom należy się więcej, płace lekarzy są niesprawiedliwie niskie, za ciężką i odpowiedzialną pracę trzeba lekarzy właściwie wynagradzać. I tu jest dowód na zmianę myślenia rządzących w Polsce. Na zmianę w stosunku do wczesnych lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Z programu studiów lekarskich, już nie pamiętam na którym roku, wynikał wtedy obowiązek uczestnictwa w zajęciach z filozofii. Prowadzący te zajęcia zapiekli teoretycy marksizmu czasami zapraszali praktyków marksizmu-leninizmu, dzięki czemu raz mojej grupie przytrafiło się wysłuchać wystąpienia samego sekretarza ds. nauki Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

Figura to była wysoko postawiona w aparacie faktycznej władzy PRLu i wypowiadane przez takiego wielmożnego pana słowa znaczyły dokładnie to, co było doktryną ówczesnej władzy. Trzeba przyznać, że komunistyczna nowomowa, choć w swoich intencjach z gruntu załgana, była bardziej składna od obecnego bełkotu polityków. Zresztą wtedy politycy w Polsce nie występowali, bo i po co w totalitaryzmie politycy. Byli za to aparatczycy przybliżający masom jedynie słusznie decyzje przyjęte przez ostatni zjazd partii. W zakładach pracy, w PGR-ach i na uczelniach jakieś niezliczone rzesze żołnierzy frontu propagandy wyjaśniały robotniczym aktywistom i studenckim warchołom sytuację społeczno-ekonomiczną PRLu i przekonywały, że to co ludzie uważają za złe, jest “wedle” partii dla nich dobre. W odróżnieniu od indoktrynacji płynącej z radia i telewizora, podczas takiego spotkania z żywym wcieleniem władzy ludowej można było stawiać pytania. Korzystając więc z obecności tak wysoko postawionego aparatczyka PRLu na naszym seminarium z filozofii, zadałem pytanie czy będą podniesione płace lekarzy. W odpowiedzi padło coś w rodzaju pogróżki: “do końca studiów macie jeszcze dużo czasu” i stwierdzenie, które do dzisiaj pojawia się w połajankach udzielanych lekarzom, ale dopiero teraz po raz pierwszy w powojennej historii Polski przestało być doktryną państwową: “my wiemy, że lekarze i tak mają bardzo dobrze, bo biorą łapówki i dlatego nie podnosimy im pensji”. Przekonanie, że lekarzom nie należy się płaca godna ich pracy, bo prawdziwe wynagrodzenie otrzymują w szarej strefie, warto zderzyć z sytuacją lekarza spod Hrubieszowa, któremu za przyjęcie przed sześciu laty prezentu w postaci 3 kilogramów wieprzowiny policja grozi ośmioma latami więzienia. Objęta tajemnicą lekarską dokumentacja pacjentów ośrodka zdrowia w gminie Dołhobyczów została skserowana przez czterech policjantów i jej zawartość nie jest już intymną wiedzą człowieka o samym sobie, który jako pacjent szukający pomocy dzieli się nią z wybranym lekarzem. Ktoś powie, że skoro skserowano dokumentację lekarską pacjentów pełniącego rolę lecznicy rządowej szpitala MSWiA przy ul. Wołoskiej w Warszawie, to przypadek pogwałcenia tajemnicy lekarskiej w Dołhobyczowie jest wagi marginalnej: tu wyniesiono przeszłość chorobową polityków z pierwszych stron gazet, a tam mieszkańców maleńkiej gminy na wschodnich kresach. A jednak wbrew obłąkańczej wizji świata należy stanowczo bronić prawa każdego, ale to każdego człowieka do pomocy lekarza bez ryzyka złamania tajemnicy lekarskiej. Dochowanie tajemnicy przez spowiednika, adwokata i lekarza jest gwarantowane etyką osób powołanych do udzielania pomocy ludziom w potrzebie, ludziom, którzy sami z własnej nieprzymuszonej woli dokonują wyboru pomiędzy zachowaniem swoich tajemnic dla siebie, albo też dzielą się nimi z innym człowiekiem w przekonaniu, że uzyskają od tego człowieka oczekiwaną pomoc. Szacunek dla jednostki ludzkiej wymaga bezwzględnego zachowania tajemnicy konfesjonału, kancelarii adwokackiej i gabinetu lekarskiego. Zakładanie podsłuchów i montowanie kamer w tych miejscach to krok następny na drodze odbierania ludziom człowieczeństwa. Do kompletu pozostanie umieszczenie każdemu pod skórą, n. p. szyi, chipa z danymi identyfikującymi. Jak psu.

Wszystkie dramatyczne sytuacje w polskiej medycynie rozgrywają się w jej systemie publicznym. Potwornie ciężkie zarzuty, oskarżenia o przestępstwa czy też ich podejrzenia, łamanie tajemnicy lekarskiej, energiczne ingerencje policji i prokuratury, wyniki kontroli ujawniających bezczelne okradanie Narodowego Funduszu Zdrowia, pohukiwanie bądź łaszenie się polityków, bulwersujące materiały dziennikarzy dochodzeniowych niemal wyłącznie dotyczą systemu publicznej opieki zdrowotnej. Nie ma zadowolonych. Pacjent, idąc do przychodni lub szpitala, nie wie czy uzyska pomoc, a raczej wie na pewno, że z takiego czy innego powodu jej nie uzyska na czas. Lekarz, wychodząc do pracy, nie wie, czy wróci do domu, czy też w kajdanach będzie zawieziony do aresztu na wiele miesięcy. Strajkujący lekarze nie otrzymują podwyżek, a słyszą opinie, że powinni zrezygnować z żądań i nie odchodzić od łóżek pacjentów, bo to nieetyczne. W tej sytuacji czas wrócić do korzeni. Rzeczywiście, fundamenty szpitalnictwa oparte są chrześcijańskie miłosierdzie. Bogaci leczyli się w domu, w razie potrzeby posyłali po cyrulika, aby upuścił im krwi. Jeszcze bogatsi ściągali sławnych lekarzy z całego świata, podejmowali najdroższe i najmodniejsze w swoim czasie próby ratowania zdrowia i życia. Ubogim pozostawały szpitale prowadzone przez zakony. I tam znajdowali serdeczną opiekę, duchową pociechę i śmierć w warunkach godnych człowieka. W miarę rozwoju medycyny coraz częściej dochodziło do wyleczeń i szpitale stały się miejscem przywracania zdrowia, obecnie o niemal gwarantowanej – w wyobrażeniu wielu – skuteczności. Ponieważ władze nie radzą sobie z podziałem danin obywateli, którym za oddawane składki i podatki nie zapewniają zaspokojenia podstawowych potrzeb, zrezygnujmy z bezdennej studni Narodowego Funduszu Zdrowia i kosmicznych kosztów jego obsługi, zostawmy w swoich kieszeniach tę część podatków, którą władze miały przeznaczyć na leczenie, ale tego nie robią i sprywatyzujmy medycynę w całości. Niech majątek publiczny, będący dorobkiem pokoleń Polaków, czyli obiekty wraz z wyposażeniem, pozostaną w zarządzie administracji państwowej czy samorządowej, ale lekarze niech będą zatrudniani albo na warunkach rynkowych, w końcu nie są majątkiem publicznym, choć niektórym zdają się być niewolnikami, albo też niech zgłaszają się do pracy nieodpłatnej, czysto charytatywnej, na którą na pewno znajdą czas, mając wystarczające wynagrodzenie. Oczywiście, charytatywnych świadczeń na rzecz szpitali należy bezwzględnie spodziewać się także po dostawcach leków, sprzętu medycznego, energii elektrycznej, gazu, wody, żywności…

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

Felieton w Radio Maryja, 15 czerwca 2007

Szczęść Boże!

Kryzys opieki zdrowotnej w naszym kraju zaczyna przechodzić w fazę niekontrolowaną i trudno uwierzyć, aby to słowa a nie czyny prominentów mogły przynieść jakąkolwiek poprawę sytuacji. Decyzje co do naprawy systemu opieki zdrowotnej muszą pojawić się natychmiast i nie mogą lekceważyć postulatów zgłaszanych przez lekarzy w coraz bardziej drastycznej formie. Poniżające traktowanie tej grupy zawodowej przynosi hańbę naszej Ojczyźnie i odpowiedzialność za bieżące i odległe następstwa takiej patologii w życiu publicznym nie spada lekarzy a na polityków.

Lekarz ma za zadanie zapobiegać chorobom i je leczyć, przynosić ulgę w cierpieniu pacjentom. Organizować pracę lekarza powinien polityk i obsadzony przez niego urzędnik. To polityk i urzędnik trzyma w ręku publiczne fundusze i tak je dzieli jak chce. Wybiera sobie priorytety, wydaje na nie publiczne pieniądze i kontroluje wykonanie założonych celów. Nie trzeba dodawać, że za planowanie, zarządzanie i kontrolowanie polityk i urzędnik wypłaca godziwe wynagrodzenie sam sobie lub na zasadzie wzajemności – koledze. Ręka rękę myje. Im bliżej kasy tym wyższe płace. Wystarczy porównać średnią zarobków w ministerstwie finansów ze średnią w ministerstwie zdrowia. Jak Polska długa i szeroka pensje, premie, nagrody i odprawy polityków, urzędników, członków rad nadzorczych i innych umiejętnie ulokowanych beneficjentów republiki kolesi wprost porażają bezwstydem i bezczelnością układu, który ośmiela się rabować w biały dzień mienie publiczne, kpiąc sobie w żywe oczy z płatników haraczy. Podatnicy, płatnicy składek ubezpieczeniowych, abonamentu radiowo-telewizyjnego, czynszu, klienci elektrowni, gazowni, zakładów wodociągowo-kanalizacyjnych, stacji benzynowych, konsumenci najbardziej podstawowych środków spożywczych, aby przeżyć muszą uzbierać na rzeczywistą wartość opłacanych produktów powiększoną o kosmiczne koszty utrzymania kasty polityczno-urzędniczej, która sama sobie przydziela wysokie apanaże, reszcie rzucając ochłapy. Po rozdaniu pieniędzy według partyjnego klucza a to na niekończące się i zawsze nieudane reformy, a to na chybione inwestycje, rozpadające się autostrady, terminale, zakupy leków, szczepionek i sprzętu medycznego po zawyżonych cenach, kasta polityczno-urzędnicza wynagradza się sowicie za te dokonania. Nic dziwnego, że brakuje pieniędzy dla bezpośrednich wykonawców zadań uznanych za podstawowe w każdej społeczności ludzkiej, takich choćby jak zapobieganie chorobom i ich leczenie, uczenie i wychowywanie, zadań na każdym poziomie rozwoju cywilizacyjnego wykonywanych przez elitę intelektualną, w Polsce rozpoznawaną jako inteligencja, jakże zasłużoną w przeszłości i obecnie dla interesu narodowego.

Wobec permanentnego ataku na zawód lekarski wypada więc porównać odpowiedzialność polityków i lekarzy za błędne decyzje. Miar przydatnych do porównania jest sporo. Może to być np. liczba straconych lat życia w zdrowiu. U dziesiątków milionów ludzi wystawionych na skutki błędnych decyzji politycznych narażających Polaków na utratę zdrowia lub przedwczesną śmierć idą w miliony liczby straconych lat życia w zdrowiu w wyniku działania lub zaniedbania działania polityka. Błędna decyzja lub czynność lekarza, choćby najbardziej obciążonego obowiązkami przyniesie nikły ułamek strat, które można przypisać politykowi. A ileż to pułapek zastawia na lekarzy wadliwy system opieki zdrowotnej. Chcąc pomóc człowiekowi w potrzebie – swojemu pacjentowi – w najlepszej wierze, zgodnie z etyką lekarską i aktualnym poziomem wiedzy medycznej, lekarz podejmuje nadludzkie nieraz wysiłki, aby pokonać monstrualne trudności organizacyjne, zaplanowane i bronione do upadłego przez nieudolnych polityków. I kto jest winien, kiedy pojawia się problem? Jest zrozumiałe, że poszkodowany pacjent i rozżalona rodzina za winnego uznaje lekarza. Ludzie innych zawodów mają swoją wiedzę specjalną i nie muszą znać się na wadach systemu opieki zdrowotnej. Ale dlaczego policja, prokurator i sąd nie szukają prawdziwych przyczyn zła w opiece zdrowotnej? Dlaczego nie docierają do decydentów i nie pytają o efektywność przeprowadzonych reform, zasadność i skuteczność wydanych przepisów i procedur? Gdzie są ci, którzy stworzyli warunki do rozpasanej korupcji i to nie na oddziałach szpitalnych i w przychodniach a tej, która zżera nasze podatki i składki ubezpieczeniowe, czyli korupcji związanej z nigdy niekończącymi się reformami, inwestycjami, albo zakupami po zawyżonych cenach?

Polityk i urzędnik faktycznie nie odpowie za nic, a za swoje błędy przyzna sobie wysokie wynagrodzenie, albo odprawę tak wysoką, że wystarczyłaby na pensje odpowiednie do rzeczywistej odpowiedzialności dla wielu lekarzy, którzy razem ze swoimi pacjentami są ofiarami niesprawiedliwego systemu.

Podejmijmy uczciwą dyskusję o zdrowiu narodu. Jeśli nie teraz, to kiedy?

Na koniec przytoczę treść listu elektronicznego, który warto zacytować. Ktoś przedstawiający się jako “obserwator sukcesów medycyny” napisał w mailu: “Toksyczność i nieefektywność chemioterapii czy przykład dla narodu? Czy to prawda, że szewc bez butów chodzi? A promowanie margaryny z widokiem serduszka odbija się czkawką u promującego? A trzy wielkie anteny GSM na dachu budynku Instytutu Onkologii to co? Może tamtejszym doktorom nie szkodzą (elektryka prąd nie tyka), ale pacjentom przebywającym w ich zasięgu 24 godz. na dobę na pewno nie pomagają. Także sąsiadom w promieniu kilkuset metrów od Instytutu.”

Uczciwa dyskusja o zdrowiu narodu powinna znaleźć odpowiedź także na te pytania.

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

Felieton w Radio Maryja, 22 czerwca 2007

Szczęść Boże!

Postawić problem na ostrzu noża, nazwać sprawę po imieniu, wzmocnić swoje argumenty twardą retoryką, okazać bezkompromisowość i wygrać. To dopiero sztuka! Takim sposobem osiągnięte zwycięstwo z jednej strony eliminuje wrogów i zmusza do milczenia przeciwników, a z drugiej – przysparza przyjaciół i poszerza strefę wpływów tryumfatora. Ludzie lgną do zwycięzcy.

W przyrodzie ożywionej dominuje brutalna przemoc, zwyciężysz albo zginiesz, chyba że zdążysz uciec, albo tak się zamaskować, że unikniesz ataku. Te prawa dżungli od dwóch tysięcy lat sam Bóg naznaczył piętnem niegodnych człowieka jako istoty tylko ciałem związanej ze znanym nam światem. Mało tego, dla lepszego zrozumienia swojej woli, w osobie Jezusa Chrystusa dał ludziom wzorzec osobowy człowieczeństwa, jakże odmienny od wcześniej im znanych. Wyrazistość ocen postępowania, ale szacunek dla osoby ludzkiej, bezkompromisowość, ale wyrozumiałość, sprawiedliwość, ale miłosierdzie, a nade wszystko miłość bliźniego, eliminująca zemstę, okrucieństwo i pogardę dla słabych.

Brutalna siła zawsze towarzyszyła zdobywaniu i utrzymywaniu władzy, czyli polityce. Była i jest skutecznym narzędziem podbojów i polityki wewnętrznej. Do czasu. Starożytny Rzym jednak nie przetrwał tysiąca lat, sowieckie imperium zła – nawet stu, a Rzesza Wielkoniemiecka “rozbudowana” o Polskę i Czechy – nawet dziesięciu. Opowiedzieć się za chrześcijańską wizją świata, to rzucić wyzwanie brutalnej sile, która w ograniczonych ramach czasu kumuluje niewyobrażalne zło skierowane przeciw człowiekowi, a dla podkreślenia nieuchronności swoich zbrodni powołuje się na wyimaginowaną nieprzemijalność systemu. Tysiącletnia Rzesza w krótkim czasie zrujnowała świat i samą siebie, ale do dziś obowiązujący hymn sąsiadującego z nami państwa-twórcy innego rozpadłego mocarstwa zaczyna od słów: Sojuz nieruszymyj riespublik swobodnych, Spłotiła nawieki Wielikaja Rus”, czyli Niezłomny Związek wolnych republik, Zespoliła na wieki Wielka Rosja. Ileż to ludzi padło ofiarą wprowadzania w życie ideologii totalitarnych, zarówno po stronie przeciwników, jak i zwolenników wcielonego zła.

Nam, należącym do starszych i średnich pokoleń obecnie żyjących, akurat przydarzyło się przetrwać. Przetrwaliśmy i pamiętamy. Mając w pamięci lata przemocy, rządów brutalnej siły i poniewierania godności pojedynczego człowieka, świętej osoby ludzkiej, jesteśmy szczególnie wyczuleni na łamanie naturalnych praw człowieka i obywatela. Ktoś powie, że jesteśmy nadwrażliwi, reagujemy alergicznie na każde zdarzenie podobne do opresji czasu niewoli, na każdą wypowiedź przypominającą arogancję władzy. No cóż, takie jest doświadczenie naszego narodu wyniesione z lekcji historii. Naród się nie zmieni, a dla rządzących będzie lepiej, kiedy zmienią rzeczników swoich racji, argumentację, retorykę i sposób odnoszenia się do ludzi i ich nierozwiązanych problemów. Od zaraz. Nie ma ludzi niezastąpionych na stanowiskach rządowych i partyjnych. Łatwiej znaleźć kandydata na ministra niż na obsadzenie wakatu anestezjologa lub instrumentariuszki, bez których obecności na sali operacyjnej ten minister nie przeżyje.

Kiedy nie wiadomo komu zaufać, lepiej zaufać ludowi. Vox populi, vox Dei. Szkoda, wielka szkoda, że aż tyle opłacanego przez podatników czasu i społecznej energii pochłania przerzucanie się inwektywami na poziomie coraz to bardziej zbliżonym do dialogu władz PRLu z burzycielami jedynie słusznej linii partii.

Zasadniczość i nieustępliwość w obronie suwerenności Polski to najjaśniejsza karta dokonań obecnego rządu i trudno sobie wyobrazić, do czego mogłoby dojść, gdyby wyniki wyborów i uzgodnień koalicyjnych po ostatnich wyborach parlamentarnych oddały reprezentację Polaków osobom o karku jak język giętkim. Rzeczywiście, Opatrzność ma nas w opiece. Ale czy naprawdę odpowiedzialnością za powodzenie bądź fiasko unijnej batalii o niepodległość Polski wolno obciążać zdesperowane grupy zawodowe? Ta wydumana presja moralna jest z gruntu fałszywa i na odległość cuchnie argumentacją z późnego Gomułki. Niechże nasi przedstawiciele w Brukseli, a także ich przeciwnicy dążący do zniewolenia Polaków i nieprzychylni nam obserwatorzy mają przekonanie o jedności narodowej zarówno w sprawie naszej suwerenności, jak i zniesienia niewolniczych warunków pracy zawodów medycznych w tak niesprawnym systemie ochrony zdrowia, że jego ofiary powinny podlegać obowiązkowej rejestracji. Liczby zmarłych z powodu braku dostępu do pomocy lekarskiej na aktualnym poziomie wiedzy medycznej, liczby osób, których stan zdrowia uległ pogorszeniu podczas oczekiwania na rozpoznanie i leczenie, liczby godzin straconych w poczekalniach oraz złotówek wydanych dodatkowo w stosunku do składek na Narodowy Fundusz Zdrowia w gabinetach prywatnych i aptekach trzeba rejestrować, a przynajmniej umiejętnie szacować, aby uciec od poniżającego wszystkich poziomu dyskusji.

Nie mogą pozostać bez odpowiedzi beztrosko rzucane oskarżenia o sabotaż polskiej pozycji negocjacyjnej. W miejscach protestów warto prezentować kartki ze znakiem graficznym pierwiastka, wywieszać transparenty popierające naszych przedstawicieli na szczycie w Brukseli, od czasu do czasu zebrać siły, aby razem gromko krzyknąć: pierwiastek albo śmierć!

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

Felieton w Radio Maryja, 29 czerwca 2007

Szczęść Boże!

Będąc zwykłymi ludźmi, nie umiemy przewidzieć przyszłości, nie za dobrze potrafimy zrozumieć znaczenia zdarzeń aktualnych, a o przeszłości wiemy tylko tyle, co powiedzą nam o niej inni.

Jeszcze gorzej bywa z oceną wypowiedzi i postępowania osób nawet nam bliskich, ale jednak odrębnych, a tym bardziej takich, których wprawdzie osobiście nie znamy, ale jesteśmy od nich zależni, W megaskali od decyzji osób aktualnie sprawujących władze zależy nie tylko teraźniejszość i bliska przyszłość milionów ludzi, lecz także losy narodu i państwa w nieodgadnionej perspektywie nadchodzących dziejów świata. Intencje każdego człowieka są zagadką i nigdy nie wiadomo, jak odnieść się do czyichś słów i czynów, dopóki po upływie wielu nieraz lat nie doczeka się ich odległych skutków. Długotrwałość procesów politycznych przekracza ludzkie możliwości obserwacji. Co to jest 60, 70, w najlepszym wypadku 80 lat świadomego życia, wobec zjawisk trwających po kilkaset i więcej lat. Możemy być świadkami tylko początkowego etapu jakiegoś ciągu zdarzeń. Dlatego rozsądek nakazuje korzystać z mądrości i doświadczenia, które zgromadziły nasze rodziny, a zwłaszcza rodzina rodzin, czyli w naród. Naród, jak każda rodzina, składa się z ludzi lojalnych i nielojalnych w stosunku do wyróżniającej tożsamości i wspólnoty interesów, gotowych do opowiedzenia się za wspólnym dobrem i obojętnych, a nawet wrogich, choćby deklarujących najszczersze oddanie wspólnocie. Żyjąc pod jednym niebem, jak pod jednym dachem, początkowo obcy sobie ludzie stają się z reguły coraz sobie bliżsi, lepiej się rozumieją, unikają zadrażnień, uzupełniają się, a w chwili zagrożenia nie wbijają obrońcom wspólnego domu noża w plecy, nie wysługują się wrogom, nie zagarniają mienia bohaterów, nie dopuszczają się zdrady. Kryterium lojalności musi być stale przywoływane w Polsce, której położenie i cechy charakteru rdzennych mieszkańców wręcz zapraszają obcych do korzystania z przyjaźni ziemi i ludzi.

Podczas drugiej wojny światowej zginął co piąty obywatel Polski, a co trzeci został dla Polski utracony. Gdyby nie druga wojna światowa, która odebrała Państwu Polskiemu 11 milionów 400 tysięcy obywateli, czyli 32,3%, w roku 2007 nasz kraj liczyłby o 27,5 miliona, czyli 41,7%, więcej obywateli niż obecne 38,5 miliona. Ostatnie wydarzenia polityczne wyraźnie dowodzą, że strata obywateli w żadnym razie nie ma znaczenia tylko historycznego, a jak najbardziej przekłada się na polityczno-gospodarczą teraźniejszość i najbliższą przyszłość. Należy często i wyraźnie powtarzać, że gdyby sojusz Niemiec, których spadkobiercą jest obecna Republika Federalna Niemiec i Sowietów, których następcą prawnym jest Federacja Rosyjska nie napadł na Polskę w 1939r., Polska liczyłaby obecnie 66 milionów ludzi. Cytowane z lubością w Polsce opinie polakożerczych środków masowego przekazu ukazujących się w Niemczech i innych krajach dziwnej koalicji propagandowej stwarzają wrażenie, że dla Europejczyków wypominanie Niemcom ich zbrodni wojennych jest przejawem polskiego nacjonalizmu. Nic bardziej fałszywego. Oto na stronach internetowy brytyjskiego dziennika Daily Mail w dniu 22. czerwca pojawił się sondaż opinii publicznej, w którym należało odpowiedzieć tak lub nie na pytanie redakcji: Czy Polska miała rację wypominając Niemcom nazistowską przeszłość? Dwóch na trzech biorących udział w sondażu Daily Mail odpowiedziało, że Polska miała rację wypominając Niemcom nazistowską przeszłość. Należy sądzić, że wynik sondażu byłby jeszcze bardziej miażdżący dla rzeczników czerpania korzyści z niedawnej eksterminacji ludności Polski, gdyby wszyscy Europejczycy wiedzieli, że część uciekinierów przed karą za wywołanie wojny domaga się zwrotu pozostawionego za sobą mienia i w tym zakresie znajduje poparcie polityków Republiki Federalnej Niemiec zajmujących najwyższe stanowiska i w tym państwie i w strukturach europejskich. Czyli doktryną Niemiec usiłujących narzucić swoją wolę całemu kontynentowi jest praktyczny rewizjonizm i konstytucyjnie umocowane roszczenia terytorialne do 1/3 obszaru państwa sąsiedniego, czyli Polski. Dlaczego o tym Europejczycy nie wiedzą? Dlaczego ewidentne łamanie praw człowieka w Niemczech, w których nie wolno używać języka polskiego w rozmowie rodziców z dziećmi, jest zagłuszane socjalistycznym rykiem w Europarlamencie przypisujących nam wyimaginowane cechy i winy? Gdzie są ludzie wynagradzani za kreowanie wizerunku Polski i Polaków, a gdzie lojalność mniejszości niemieckiej w Polsce, która – bez wzajemności w Bundestagu – ma zapewnione dwa miejsca w Sejmie?

W związku z przypomnieniem Niemcom ich potwornej przeszłości, nawet w Polsce odezwały się szydercze głosy Polaków, że sięganie do doświadczeń drugiej wojny światowej jest równie kompromitujące, jak przypominanie złowieszczej roli Krzyżaków w naszej części Europy. No cóż. dla odparcia argumentacji świadomych i mimowolnych członków stronnictwa pruskiego warto jednak w kilku słowach przypomnieć wydarzenia sprzed niemal ośmiuset lat, których konsekwencje do dzisiaj, jak się okazuje, zagrażają Polakom zagładą. Na początku XIII wieku Hermann von Salza, wielki mistrz zakonu krzyżackiego, doszedł do wniosku, że pobyt w Palestynie jest zbyt niebezpieczny i zaczął szukać miejsca w Europie. Po krótkim pobycie na Węgrzech, skąd został wypędzony za nielojalność, w 1226r. Krzyżacy trafili na ziemię chełmińską zaproszeni przez Konrada Mazowieckiego namówionego przez Jadwigę, żonę Henryka Brodatego, a szwagierkę króla Węgier Andrzeja II, który to właśnie wypędził Krzyżaków za łamanie umów. Przyszła śląska święta nie wiedziała, że następstwem jej rekomendacji, będzie sprowadzenie na Polaków i ludy nam najbliższe sprawców bezlitosnej grabieży, rozpasanego okrucieństwa, mordowania kobiet i dzieci. Od roku 1308 do 1945, przez 637 lat Polacy masowo ginęli z rąk Krzyżaków i ich ideologicznych następców z łupieżcą Śląska Fryderykiem II, katem Polaków Bismarckiem i ludobójcą Hitlerem na czele. O tym na zachodzie Europy wielu słuchać nie chce. Widać wśród piewców tolerancji wykorzystywanej do propagandowych nagonek na Polskę nadal obowiązuje rasistowska zasada SLAVICA NON LEGUNTUR – pism słowiańskich nie czyta się.

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

Felieton w Radio Maryja, 16 listopada 2007

Szczęść Boże!

Wylatuje wróblem, a może wrócić kamieniem każde słowo rzucone w przestrzeń publiczną. Ze strachu przed ukamieniowaniem milkną nawet ci, którzy z tytułu swojego powołania mają obowiązek głosić prawdę, choćby ta była najmniej popularna, szła pod prąd aktualnym trendom, modom i kanonom politycznej poprawności. Mierząc życiowy sukces stanem posiadania, każdy polityczny geszefciarz z reguły gardzi prawdą, bo po co mu taki kamień młyński u szyi. Co innego półprawda, prawda zmanipulowana, zawoalowane kłamstwo, czy spinning, a więc manipulowanie faktami, reglamentowanie informacji, propaganda – według nomenklatury obowiązującej w firmach Public Relations będących odpowiednikiem dawnych najemnych wojsk dokonujących podbojów na zlecenie, po prostu za żołd. I dzisiaj mając pieniądze, można sobie wynająć prywatną firmę wojskową – z angielska zwaną PMC (private military company), ale dla osiągnięcia tych samych celów drogą pokojową, bez krzyku ofiar i głośnych oskarżeń o przemoc, wystarczy posłużyć się skutecznym projektem p. r. Publika widzi tylko to, co wolno jej zobaczyć. Cel projektu, sposoby jego realizacji, a także forma zapłaty dla najemników są całkowicie ukryte przed opinią publiczną. Słowo stypendium wywodzi się z łacińskiego stipendium, co w legionach rzymskich oznaczało żołd. Niemieckie das Stipendium zachowało łacińską pisownię, ale po polsku znaczy – stypendium…

Częstym polem zmagań prawdy z wytworami firm Public Relations jest zdrowie publiczne. Stawki są tu dużo skromniejsze niż w zakresie energetyki, wojskowości i budownictwa, ale bogactwo zadań i ścierających interesów jest tak ogromne, że prawie każda firma PR ma jakiś udział w podziale tego ogromnego tortu. Wmówić ludziom potrzebę korzystania z jakiegoś preparatu rzekomo ratującego zdrowie, znaleźć dojście do decydenta, który na ten preparat wyda pieniądze podatników, pokonać przy tym licznych konkurentów, to najprostsza ścieżka postępowania. Ważne jest przy tym staranne zatarcie śladów korupcji. Kto tam potrafi dociec prawdziwych przyczyn takiego czy innego wyniku przetargu. Można też wprząc wysokiego urzędnika państwowego w kampanię reklamową, promocyjną, czy osłonową. Kto tam potrafi dociec prawdziwych przyczyn takiego czy innego zaangażowania prominenta w sytuację zdecydowanie korupcjogenną. Polityczna szajka, z której ów prominent się wywodzi, nie będzie się przecież sama kompromitować i rozliczać kamrata czy to z podejrzanych działań, czy z zaniedbania obowiązków.

Państwo bezczynne w obronie dobra wspólnego jest wymarzonym polem działania firm Public Relations i wykonujących ich zlecenia lub działających na własną rękę beneficjentów styku polityki z gospodarką, dochodzących do fortun, w tym latyfundiów, w tempie niepojętym przez praworządnych obywateli.

Warto tu zastosować pojęcie krzywdy społecznej, która dzieje się wtedy, kiedy władza i jej organy naruszają prawa człowieka i obywatela nie tylko czynnie, lecz także i biernie, nie wykonując swoich ustawowych obowiązków.

Do najbardziej jaskrawych przykładów krzywdy społecznej należą zaniedbania w dziedzinie zdrowia publicznego, a w szczególności w zakresie medycyny konsumenta i medycyny środowiskowej. Medycyna konsumenta koncentruje się na dochodzeniu przyczyn alergii, zatruć, zakażeń i urazów w składzie żywności, napojów, kosmetyków, leków i in. produktów, w usługach oraz w otaczającym środowisku. Sukces diagnostyczny pozwala wyeliminować czynnik szkodliwy oraz podjąć czynności naprawcze dotyczące nie tylko stanu zdrowia, lecz także sytuacji prawnej i materialnej pacjenta. Z kolei medycyna środowiskowa zajmuje się zapobieganiem, rozpoznawaniem i leczeniem następstw skażenia środowiska.

Rozwijana przeze mnie wiedza naukowa zajmująca się czynnikami szkodliwymi, czyli noksologia (od łac. noxa – czynnik szkodliwy), uwzględnia szereg pomijanych zazwyczaj aspektów oddziaływania czynnika szkodliwego na człowieka, do których należy zróżnicowana podatność poszczególnych osób (rodzin) na czynnik szkodliwy występujący w pojedynkę lub wespół z innymi, wzajemnie potęgującymi niepożądane oddziaływanie na zdrowie. W noksologii za punkt wyjścia procesu diagnostycznego przyjmuje się przyczynę zgodnie z zasadą wyrażoną po łacinie słowami POSITA CAUSA, PONITUR EFFECTUS, czyli “gdy działa przyczyna, jest i skutek”. Ów skutek z powodu wyżej przedstawionego może być trudno uchwytny i wbrew popularnym oczekiwaniom często niemożliwy do wykazania w oparciu o zbadanie pojedynczego pacjenta, choćby najbardziej gruntowne. Trzeba wówczas przeprowadzić badania epidemiologiczne, czy to o charakterze prowadzonej przez mój zespół szybkiej oceny epidemiologicznej (Rapid Epidemiological Assessment – RAE), czy też rozbudowanych i z tego powodu niezwykle kosztownych i bardzo podatnych na błędy w fazie projektowania badań populacyjnych.

Noksologia weryfikuje i obala mity tworzone przez firmy Public Relations, przeciwdziała krzywdzie społecznej, ale też bezpostawnym roszczeniom.

Łatwo się domyślić, że działanie w obszarze epidemiologii lekarskiej, często naraża konflikt ze znachorami, a więc osobami głoszącymi nieuprawnione poglądy na temat występowania i uwarunkowań chorób oraz zapobiegania chorobom i przedwczesnym zgonom.

Postępując według kodeksu etyki lekarskiej, czyli zgodnie ze swoim sumieniem i współczesną wiedzą medyczną, lekarz epidemiolog nie może posługiwać się metodami uznanymi przez naukę za szkodliwe, bezwartościowe lub nie zweryfikowanymi naukowo, ma przy tym obowiązek zwracania uwagi społeczeństwa, władz i każdego pacjenta na znaczenie ochrony zdrowia, a także na zagrożenie ekologiczne.

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

Felieton w Radio Maryja, 23 listopada 2007

Szczęść Boże!

Obecnie w medycynie zasada PRIMUM NO NOCERE, ustępuje zwykle nakazowi PRIMUM SUCCERRERE. Zamiast przede wszystkim nie szkodzić, należy przede wszystkim osiągnąć sukces. Oby był to sukces prewencyjny, profilaktyczny lub terapeutyczny a nie tylko ekonomiczny.

Wbrew popularnym poglądom zasada PRIMUM NO NOCERE nie była zawarta w tzw. przysiędze Hipokratesa, ani też nie występuje w obecnie obowiązującym przyrzeczeniu lekarskim. Lekarz przyrzeka według najlepszej wiedzy przeciwdziałać cierpieniu i zapobiegać chorobom, a chorym nieść pomoc. Często margines bezpieczeństwa rozmaitych procedur leczniczych czy schematów terapeutycznych jest tak wąski, że faktyczna korzyść dla pacjenta staje się bardzo problematyczna. Zaufanie do postępów medycyny bywa jednak ślepe u ludzi szukających pomocy w nieszczęściu i często bez wahania decydują się na podjęcie każdego ryzyka. Przewodnikiem po świecie chorób i dostępnych sposobów ich leczenia jest zwykle lekarz prowadzący. To lekarz przejmuje na siebie ciężar odpowiedzialności za zdrowie i życie pacjenta, pyta pacjenta o wszystko co ma znaczenie dla postawienia rozpoznania i śledzenia przebiegu choroby, udziela porad, bada, kieruje na badania specjalistyczne, wypisuje recepty, wykonuje zabiegi, a w razie braku odpowiednich kwalifikacji przekazuje pod opiekę innych lekarzy. Medycyna opiera się o autorytety, więc jeśli silny autorytet oddziałuje na sposób postępowania wszystkich lekarzy, pacjent szukający na własną rękę drugiej opinii lekarskiej, może jej po prostu nie znaleźć.

Dla koncernów produkujących środki farmaceutyczne i sprzęt medyczny sytuacja, w której wystarczy zyskać przychylność dość nielicznej grupy wpływowych ekspertów, aby osiągnąć miażdżący sukces ekonomiczny, jest wprost wymarzona. Od nauczania studentów na wydziałach lekarskich, przez system szkolenia specjalistycznego i doskonalenia zawodowego po tak zwane badania naukowe przewija się stale i niezmiennie wprowadzona przez koncern X doktryna Y służąca sprzedaży produktu Z. Jeden za drugim fenomen XYZ oplata każdego lekarza od początku studiów po zasłużoną emeryturę, no chyba, że akurat lekarz pokusi się o samodzielny przegląd światowej literatury, uzna kontrowersje za warte zgłębienia i ucieknie od narzucanych odgórnie doktryn, które z kolei oddolnie wzmacnianie są przez zastępy reprezentantów koncernów farmaceutycznych oraz pacjentów – ofiar Goździkowej i jej podobnych autorytetów medycyny reklamowej.

Do największych sukcesów medycyny XX wieku należało wprowadzenie szczepień ochronnych. Dzięki szczepieniom ludzkość wykorzeniła ospę prawdziwą, tego prawdziwego jeźdźca śmierci. Dzisiaj wirus ospy naturalnej jest w rękach twórców organizmów genetycznie modyfikowanych szykujących ludziom masową zagładę. Właśnie obchodziliśmy trzydziestolecie rejestracji ostatniego przypadku rodzimej ospy na świecie. 26 października 1977r. w dystrykcie Merca w Somalii zachorował szpitalny kucharz. Osoby z kontaktu wyszukano, poddano ponownym szczepieniom i objęto nadzorem epidemiologicznym. Nikt więcej nie zachorował. Świat odetchnął z ulgą. O jedną plagę mniej.

Epidemie choroby Heinego i Mediny, czyli porażenia dziecięcego, po łacinie poliomyelitis, w skrócie – polio, szerzyły się w Polsce lat pięćdziesiątych XX wieku, przynosząc co roku średnio niemal 2,5 tysiąca rejestrowanych zachorowań i niemal 150 zgonów. Większość tych, którzy przeżyli polio, a były to głównie maleńkie dzieci, do końca życia pozostaje niepełnosprawna. Po wprowadzeniu szczepień sytuacja uległa gwałtownej poprawie. Liczby rejestrowanych zachorowań spadły poniżej 100 w ciągu roku. Ale w 1968 pojawiła się epidemia w następstwie szczepień, które miały chronić przed zachorowaniami. Po zastosowaniu polecanej przez światową Organizację Zdrowia szczepionki przeciw typowi 3 wirusa polio wystąpiła w Polsce epidemia poszczepienna choroby Heinego i Mediny. W 1968 r. zarejestrowano 464 zachorowania i 17 zgonów, głównie w Wielkopolsce, na Pomorzu Zachodnim, Ziemi Lubuskiej i na Dolnym Śląsku.

Dziki, czyli nieszczepionkowy wirus polio był przyczyną ostatnich notowanych zachorowań w Polsce w 1982 i 1984r. Polska odetchnęła z ulgą. O jedną plagę mniej, ale w odróżnieniu od ospy prawdziwej – pod warunkiem utrzymania wysokiego poziomu zaszczepienia populacji przeciw tej strasznej chorobie. Dzieci nieszczepione przeciw polio, na przykład z powodu przeciwwskazań, bądź szczepione niezgodnie z programem szczepień ponoszą ryzyko ostrych porażeń wiotkich związanych z narażeniem na wirusy szczepionkowe pochodzące od dzieci zaszczepionych.

Jak widać szczepienia ochronne dobrze bronią ludzi przed nieszczęściem na masową skalę. Pomimo ewidentnych korzyści poddawane są jednak krytyce, a nawet próbom ich likwidacji. Mamy tu do czynienia z typowym przykładem wyboru mniejszego zła. Kierując się wiedzą o powikłaniach poszczepiennych, zwłaszcza liczbą zgonów i trwałych niepożądanych następstw w wyniku zastosowania szczepionek, bylibyśmy gotowi ze szczepień zrezygnować, a zwłaszcza uchylić przymus poddawania się szczepieniom ochronnym. Kiedy jednak po sięgnięciu do annałów z niedawnej przeszłości i poznaniu rozmiaru corocznych strat, jakie ponosiliśmy w wyniku szalejących epidemii, wyliczymy korzyści ze szczepień – rozsądek nakazuje nam przyjąć argumentację epidemiologów. Tak myśli ogromna większość ludzi na świecie, a w Polsce niemal wszyscy.

Korzystając z ugruntowanego zaufania do programu szczepień ochronnych, kolejne koncerny farmaceutyczne wprowadzają do arsenału szczepionek jeden po drugim fenomen XYZ, o nie wystarczającej przewadze korzyści nad ryzykiem szczepień.

Zanim koncern X wprowadzając doktrynę Y służącą sprzedaży produktu Z w wyniku kompromitacji hałaśliwej kampanii reklamowej zniszczy powszechne zaufanie do szczepień ochronnych, warto stanąć w obronie wspólnego dobra, jakim jest zdrowie publiczne.

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

Felieton w Radio Maryja, 30 listopada 2007

Szczęść Boże!

AIDS uczy pokory. Śmiertelna choroba zabija tym szybciej, im trudniej o opiekę lekarską i drogie leki. Kto może mieć łatwy dostęp do lekarza? Kogo stać na drogie leki? Na pewno handlarzy narkotykami i żywym towarem. Na pewno tych, którzy ułatwiają handel narkotykami i żywym towarem, budując rynek tak po stronie podaży, jak i popytu. Wystarczy włączyć telewizor, aby stać się odbiorcą jasnych i wyraźnych komunikatów kryptoreklamowych ułatwiających sprzedaż narkotyków – “bo wszyscy biorą” i pozyskiwanie najcenniejszego – najmłodszego – ludzkiego surowca obu płci do handlu żywym towarem – “bo wszyscy to robią bez żadnych zahamowań”. Rodzice z reguły nie zdają sobie sprawy z rozmiaru ryzyka, jakie ponoszą ich dzieci formowane przez telewizję już w młodszych klasach szkoły podstawowej. Odkrywanie nieznanych z własnej obserwacji zachowań przedstawianych jako przyjemne, nieszkodliwe i powszechnie akceptowane, utożsamianie się z rówieśnikami, którym wolno robić rzeczy potępiane przez rodziców i wychowawców, pozwala dziecku, jak tylko osiągnie wiek gimnazjalny poddać się bez najmniejszego protestu naciskowi grupy rówieśniczej, bez żadnych obaw i zastrzeżeń wprowadzać w życie wiedzę wcześniej nabytą drogą edukacji telewizyjnej. Jedenastoletnie dziewczynki, dwunastoletni chłopcy są już oswojeni z tematem, teraz wystarczy tylko sprytnie wykorzystać przekorę i bunt nastolatków, wprowadzić między nich dealerów i liczyć zarobki ze sprzedaży narkotyków kolejnej fali młodych klientów. Jest też łatwa okazja wyszukać tych, których da się sprzedać.

Z niewielkimi wyjątkami najbardziej rozwinięte gospodarczo kraje świata tolerują skrajnie drastyczne formy handlu żywym towarem. Czy to z powodu korupcji organów ścigania, czy też w związku ze światopoglądem rządzących elit, handel ludzkim ciałem w najbardziej odrażających formach nie znajduje odporu. Wręcz odwrotnie, głosiciele praw człowieka, nie dostrzegają niczego złego w tym, że doprowadzenie wielu rodzin do ruiny, np. w krajach Europy Środkowej i Wschodniej, spowodowało, że kraje te stały się zagłębiem żywego towaru przeznaczonego na eksport, na oddanie w spocone łapy zagranicznych kupców i klientów. Tzw. przemysł rozrywkowy rozwija się dynamicznie w wielu najbogatszych miastach świata, tworzy znaczną część dochodu narodowego wielu państw i w żadnym przypadku nie może popaść w stagnację. Krzywa musi rosnąć. Skoro tak, potrzebne są nowe atrakcje. Atrakcje młode, coraz młodsze, obu płci. Potrzebne są nasze dzieci.

Do akcji przystępują kreatorzy zachowań. Na początku jest miło. Kino, koncert, dyskoteka, pub, piwko, trawka, nowi ludzie bardzo fajni, nie jakiś ciemnogród. Można się zakochać, można popróbować, można mieć już to za sobą. To jest przecież XXI wiek, nie średniowiecze! To Unia Europejska a nie za…ścianek! Tolerancja a nie ciemnota. A co ja tu robię? Nie mam pieniędzy, przecież nie będę wysługiwać się za jakieś grosze, jak rodzice.

Ta refleksja bywa przełomowa. Dziewczyna czy chłopiec są już gotowi do sprzedaży. Wystarczy ich wywieźć, zapewniając, że praca jest już załatwiona, ale nie mówiąc, jaka to praca. Wystarczy w sobie rozkochać, a po przyjeździe bez litości sprzedać. Wystarczy zorganizować przyjazdy klientów, też wcielających się w rozmaite role, i już nawet nie trzeba wywozić. Czy to z powodu korupcji organów ścigania, czy też w związku ze światopoglądem rządzących elit, ludzie czerpiący zyski z nierządu pozostają bezkarni. Interes kwitnie. Koszty ponoszone przez ofiary rozbudowanego systemu rekrutacji pracowników są niegarniętne.

Eksploatacja jest szybka i bezlitosna. Potrzeba coraz więcej alkoholu i narkotyków, aby to wytrzymać. Z roku na rok coraz trudniej zarobić, ubywa przyjaciół, rosną długi. Nie łatwo sobie powiedzieć: nie mam jeszcze trzydziestu lat, a już jestem wrakiem. Wstyd wracać. Czym się pochwalić znajomym z podwórka i klasy? Tym nieśmiałym kujonom bojącym się wszystkiego. A jednak mają lepiej. Mają rodziny. Nie mają AIDS.

Według ostatnich danych ONZ na 500 osób pomiędzy 15 a 49 rokiem życia w Wielkiej Brytanii i Irlandii jedna jest zakażona wirusem wywołującym AIDS, we Francji, Szwajcarii i Portugalii- dwie, we Włoszech, Hiszpanii i Stanach Zjednoczonych – trzy, w Federacji Rosyjskiej – 6, na Ukrainie – 7. Na 500 osób pomiędzy 15 a 49 rokiem życia.

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

Felieton w Radio Maryja, 7 grudnia 2007

Szczęść Boże!

Konsumentom żywności genetycznie modyfikowanej grozi alergia, oporność na antybiotyki i rak. Coraz większym poparciem cieszy się stawiana przeze mnie hipoteza, że wspólnym mianownikiem wychodzącej z USA pandemii otyłości i cukrzycy są efekty oddziaływania organizmów genetycznie modyfikowanych. Organizmy genetycznie modyfikowane wykorzystuje się na wielu etapach masowej produkcji żywności i napojów, ponieważ dostarczają enzymów, olejów i lecytyny, ale na bezpośrednie spożywanie białek zawierających m. in. pestycydy wbudowane w rośliny (ang. plant-incorporated pesticides), a więc toksyny białkowe Bacillus thuringiensis i materiał genetyczny niezbędny do ich wytworzenia, są narażeni konsumenci transgenicznej kukurydzy, ziemniaków i pomidorów. Nadto na geny kodujące syntezę enzymu EPSPS decydującego o odporności na herbicyd glifosat pochodzące z bakterii Agrobacterium tumefaciens, zgodnie z nazwą produkującej onkogeny wywołujące rozrost guzów nowotworowych u roślin, narażeni są konsumenci np. izolatów białka sojowego dodawanego do licznych produktów wędliniarskich, garmażeryjnych, cukierniczych i in. Skutki oddziaływania organizmów genetycznie modyfikowanych na zdrowie ludzi i zwierząt oraz na środowisko są stopniowo odsłanianie w miarę upływu lat wymaganych do ukończenia badań i narastającego sprzeciwu opinii publicznej wobec zatajania prawdy o gmo. Polskie przepisy regulujące gmo odzwierciedlają bardzo ułomny w tym zakresie dorobek prawny Wspólnot Europejskich, są słabo egzekwowane, a próby ich zaostrzenia napotykają na głośny opór kierowany przez podmioty gospodarcze czerpiące krociowe zyski ze sprzedaży modyfikowanej genetycznie żywności, paszy i karmy.

Od 25 maja 1999r. ogólnopolskie Stowarzyszenie Ochrony Zdrowia Konsumentów konsekwentnie domaga się od władz państwowych Rzeczypospolitej Polskiej zarządzenia bezterminowego zakazu wprowadzania organizmów genetycznie modyfikowanych do łańcucha pokarmowego człowieka. Wszelkie półśrodki, w tym zakaz upraw, włącznie z eksperymentalnymi, wybiórczo nakładane zakazy importu i obrotu odnoszące się do całości lub części dorobku inżynierii genetycznej nie są w żadnej mierze wystarczające, gdyż stwarzają fałszywe poczucie bezpieczeństwa.

Nielegalne uprawy dowodzą pogardy sprawcy i kierowanej przez niego grupy przestępczej dla praw Rzeczypospolitej Polskiej, czynią z Polski ubezwłasnowolnioną kolonię, na której obszarze można uprawiać co się chce, mając pewność ślepoty inspektorów i bezkarności. Proste fałszowanie deklaracji składu lub etykiet obnaża nieuczciwość oszusta, ale też uzasadnia mocne podejrzenie o skorumpowanie organów kontrolnych, które mimo ciążących na nich obowiązków nie eliminują oszukańczych praktyk. Korupcja torująca drogę uprawie, importowi i wprowadzaniu do obrotu zakazanych organizmów genetycznie modyfikowanych jest dobrze udokumentowana na całym świecie. W wielu przypadkach niemrawe działania inspektorów nie są tylko efektem wzięcia takiej czy innej korzyści za przymykanie oka na łamanie prawa, a wynikają z silnych nacisków politycznych porównywalnych z tymi, które kiedyś doprowadziły do wojen opiumowych.

Nowe odkrycia z zakresu genetyki potwierdzają tezę o oparciu opinii na temat skomercjalizowanych wynalazków inżynierii genetycznej na nieaktualnej wiedzy naukowej. Na pierwszym miejscu należy tu wymienić odkrycie mechanizmów usypiania i budzenia genów pod wpływem czynników środowiskowych, w tym żywieniowych. Usypianie i budzenie genów kontrolujących rozwój raka i chorób metabolicznych pod wpływem wynalazków inżynierii genetycznej jest bardzo prawdopodobne, a zważywszy na rewolucyjne postępy nauki w tym zakresie można spodziewać się fali doniesień o wpływie GMO na każdy spośród 196 genów uśpionych w wyniku oddziaływania matczynej lub ojcowskiej kopii, a składających się na 1% ludzkiego genomu. Sygnały z nawet bardzo zdegradowanych w procesie trawienia organizmów genetycznie modyfikowanych mogą usypiać lub budzić geny znajdujące się w tych regionach chromosomów, o których wiadomo, że decydują o podatności na raka, cukrzycę, otyłość, odporność.

W trakcie ewolucji organizmy naturalne, w tym zwierzęta żyworodne, których naznaczenie genetyczne dotyczy, poprzez selekcję naturalną dostosowały się do oddziaływania naturalnych składników pożywienia. Składniki nienaturalne, genetycznie modyfikowane, wchodzące w skład wcześniej nieznanej żywności i paszy narażają świat ludzi i zwierząt na niechciany eksperyment na masową, globalną skalę.

Głównym odbiorcą genetycznie modyfikowanej soi i kukurydzy nie jest przemysł żywności wysoko przetworzonej a przemysł paszowy zaopatrujący fabryki mięsa i mleka. Rozwój genetyki ujawnia mechanizmy potencjalnych zagrożeń ze strony gmo, przy których bledną tak proste do wykazania efekty stosowania pasz genetycznie modyfikowanych, jak ubojowe skażenie mięsa enterokrwotoczną Escherichia coli O157:H7, która z paszy gmo mogła nabyć geny antybiotykooporności, albo nieusuwalne w procesie pasteryzacji skażenie krowiego mleka sekwencjami DNA, takimi samymi jak w genetycznie modyfikowanej soi i kukurydzy wchodzącej w skład paszy.

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

Felieton w Radio Maryja, 14 grudnia 2007

Szczęść Boże!

Ochrona zdrowia zamiast celem bywa narzędziem polityki. Narzędziem potężnym, choć prymitywnym. Czymś na kształt maczugi, która spada na głowy wyborców. Co oczywiste, spada dopiero po wyborach. W maczugę przekształca się sztandar z motto WIEM LEPIEJ, jakże wysoko powiewający przed wyborami. W polityce zagranicznej maczuga spada na głowy przedsiębiorców państw zbyt niezależnych od dawnych kolonialnych metropolii, albo państw po prostu nielubianych przez część decydentów. Powołując się na argumenty z zakresu ochrony zdrowia, można zdobyć władzę w kraju, a w polityce zagranicznej można zadać potężne uderzenie w ramach niewypowiedzianej wojny gospodarczej.

To jedna strona medalu. Jest też druga.

Tuż przed sezonem szału zakupów świątecznych prezentów pani Nancy Nord, pełniąca obowiązki przewodniczącej Komisji ds. Bezpieczeństwa Produktów Konsumenckich, oświadczyła, że w 2007 r. jej agencja wycofała z rynku ponad 25 milionów zabawek. Według Stowarzyszenia Przemysłu Zabawkarskiego 80% zabawek kupowanych w Stanach Zjednoczonych to import z Chin. Przed Komisją Kongresu Amerykańskiego 4 października 2007r. przedstawiciel Unii Konsumentów, tej samej, która wiosną wykryła melaminę we wchodzącej w skład karmy dla zwierząt domowych importowanej z Chin mące pszennej (według amerykańskich lekarzy weterynarii zabójczą dla tysięcy psów i kotów), zeznał, że tylko w lecie wycofano z obrotu ponad 20 milionów zabawek importowanych z Chin z powodu farby zawierającej ołów i innych zagrożeń, pomimo faktu, że w USA zakaz pokrywania zabawek farbą ołowiową obowiązuje już od 30 lat. Największy szok przeżyły dzieci, a jeszcze większy – ich rodzice, dowiadując się 4 września 2007r., że koncern MATTEL wycofuje z rynku ok. 675 000 zabawek Barbie wyprodukowanych w Chinach pomiędzy 30 września 2006r. a 20 sierpnia 2007r. z powodu zagrożenia zdrowia wynikającego z obecności na ich powierzchni farby zawierającej zakazane prawem poziomy ołowiu. Podając powyższe do wiadomości, Komisja ds. Bezpieczeństwa Produktów Konsumenckich zaleciła natychmiast odebrać dzieciom niebezpieczne zabawki i zgłosić się do koncernu MATTEL po instrukcje jak bezpłatnie otrzymać na zamianę zabawkę w tej samej cenie. Fotografie niebezpiecznych produktów pojawiły się na stronach agend rządowych USA, w tym Narodowego Ośrodka ds. Zdrowia Środowiskowego, należącego do Ośrodków Zwalczania Chorób, sławnych Centers for Disease Control, podległych odpowiednikowi naszego ministerstwa zdrowia.

To oczywiście nie uspokoiło rozsierdzonych rodziców. Silna grupa pod nazwą Kampania na rzecz Przyszłości Ameryki żąda głowy szefowej Komisji ds. Bezpieczeństwa Produktów Konsumenckich, obwiniając ją o dopuszczenie do uwiądu kontroli bezpieczeństwa produktów. Przed objęciem obecnego stanowiska Nord była lobbistką koncernu Eastman Kodak, dyrektorem wykonawczym Amerykańskiego Stowarzyszenia Prawników pracujących na rzecz korporacji (American Corporate Counsel Association) i dyrektorem ds. konsumenckich Amerykańskiej Izby Gospodarczej (the U.S. Chamber of Commerce). Nic dziwnego, że bez protestu przyjmuje cięcia budżetowe i redukcję kadr w podległym jej pionie kontroli państwowej. Amerykanie wzywają panią Nancy Nord do rezygnacji z zajmowanego stanowiska, gdyż nie potrafi ona kierować podległą jej inspekcją, a nadto przyjmowała korzyści od producentów zabawek. Obok organizacji pozarządowych o słabości nadzoru na bezpieczeństwem produktów konsumenckich w USA są też przekonani amerykańscy parlamentarzyści, którzy dążą do zmiany przepisów:

    * górna granica grzywny ma być podniesiona z obecnego poziomu 250 000 USD do 100 000 000 USD, aby kary faktycznie odstraszały, a nie stanowiły tylko kosztów prowadzenia działalności gospodarczej
    * trzeba stworzyć etykiety pozwalające śledzić kolejne etapy produkcji i handlu produktami przeznaczonymi dla dzieci, co ułatwi wycofywanie tych produktów z obrotu
    * za sprowadzanie produktów wadliwych i niebezpiecznych należy odbierać zezwolenia na wielokrotny import
    * pracowników ujawniających informacje o niebezpiecznej produkcji trzeba objąć ochroną
    * mają być zaostrzone wymagania co do farby ołowiowej w produktach przeznaczonych dla dzieci

Tolerowane tygodniowe pobranie (PTWI) ołowiu bez szkody dla zdrowia człowieka ustalone jest na poziomie 0,025 mg/kg masy ciała.

Niezwykle łatwo jest przekroczyć tolerowaną dawkę ołowiu pochodzącego ze wszystkich źródeł: żywności, wody z kranu i powietrza oraz różnych przedmiotów, w tym pokrytych farbą ołowiową. Głównym źródłem ołowiu są środki spożywcze i woda.

Rozporządzenie Komisji (WE) nr 1881/2006 z dnia 19 grudnia 2006 r. ustalające najwyższe dopuszczalne poziomy niektórych zanieczyszczeń w środkach spożywczych określa najwyższe dopuszczalne poziomy ołowiu w mg/kg świeżej masy. Najniższe są w środkach spożywczych objętych szczególną troską, jak surowe mleko, mleko poddane obróbce cieplnej i mleko służące do wytwarzania produktów na bazie mleka oraz preparaty dla niemowląt i preparaty pochodne – 0,02 mg/kg. Najwyższe w małżach, spożywanych rzadko, w małych ilościach i wyjątkowo przez dzieci – 1,5 mg/kg.

Dopuszczalny poziom ołowiu w wodzie przeznaczonej do spożycia przez ludzi do 31. grudnia 2012r. może sięgać 0,025 mg/litr, a po tej dacie tylko – 0,01 mg/litr. Tej ostatniej wartości już obecnie nie wolno przekraczać w naturalnych wodach mineralnych, gdyż ołów na poziomie 0,01 mg/litr wymieniony jest w obowiązującym wykazie składników naturalnie występujących w naturalnej wodzie mineralnej i maksymalnych limitów, których przekroczenie może stanowić ryzyko dla zdrowia publicznego.

Najbardziej groźne źródła ołowiu to: żywność ze stref skażonych, woda z ołowianych rur i kranów, ekspozycja w miejscu pracy, pył z dawno malowanych ścian, hałd i zanieczyszczonych gleb oraz zabawka z Chin zawierająca ołów w ilości ponad 600 mg/kg, a ołów rozpuszczalny w stężeniu ponad 90 mg/kg.

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

Felieton w Radio Maryja, 21 grudnia 2007

Szczęść Boże!

Respektować środowisko to nie znaczy uznać, że natura nieożywiona czy ożywiona jest ważniejsza od człowieka. Nie znaczy jednak też, że można egoistycznie uważać, że w pełni możemy nią dysponować dla własnych interesów, gdyż przyszłe pokolenia również mają prawo do korzystania z dóbr stworzenia, postępując w duchu tej samej odpowiedzialnej wolności, której domagamy się dla siebie. Nie można też zapominać, że w wielu przypadkach ubodzy są odcięci od dóbr stworzonych o powszechnym przeznaczeniu. Dziś ludzkość niepokoi się o przyszłą równowagę ekologiczną. Oceny sytuacji w tym względzie należy dokonywać z rozwagą, poprzez dialog ekspertów i znawców, bez ulegania presjom ideologicznym sugerującym pochopne wnioski, a przede wszystkim budując wspólnie model zrównoważonego rozwoju, który może zapewniać dobrobyt wszystkim w poszanowaniu równowagi środowiskowej. Jeśli ochrona środowiska wiąże się z kosztami, winny one być rozkładane sprawiedliwie, z uwzględnieniem różnorodności rozwoju w poszczególnych krajach i w poczuciu solidarności z przyszłymi pokoleniami. Rozwaga nie oznacza, że unika się odpowiedzialności i odwleka decyzje; zobowiązuje raczej do wspólnego podejmowania decyzji po odpowiedzialnym przemyśleniu drogi, jaką należy pójść, stawiając sobie za cel umocnienie przymierza między człowiekiem a środowiskiem, mającego odzwierciedlać stwórczą miłość Boga, od którego pochodzimy i ku któremu zdążamy.

Powyższy rozdział 7. przesłania Papieża z 8 grudnia 2007 roku nosi tytuł “Rodzina, wspólnota ludzka i środowisko”. Pełne ORĘDZIE OJCA ŚWIĘTEGO BENEDYKTA XVI NA ŚWIATOWY DZIEŃ POKOJU 1 STYCZNIA 2008 ROKU jest dostępne w wielu językach na stronie internetowej i kto może, niechże sobie je ściągnie, wydrukuje i przekaże innym, gdyż trudno sobie wyobrazić, aby uprzywilejowana dostępem do internetu garstka spośród ponad miliarda katolików nie chciała poznać i rozpowszechnić – także wśród bliskich nam obcokrajowców – dosłownej treści stanowiska Ojca Świętego na temat kluczowych dylematów naszych czasów. Poznać i przyjąć za swoje rozstrzygnięcia Stolicy Piotrowej każdy katolik chce a nie musi. Musi tylko wtedy, kiedy katolika udaje z przyczyn np. politycznych w myśl starego zawołania Henryka IV Bourbona “Paryż wart jest mszy!”. Motywowani polityką nibykatolicy bardzo łatwo ulegają manipulacji antykatolików, stąd warto rozpowszechniać oryginalne materiały źródłowe prosto z Rzymu.

Tuż po opublikowaniu orędzia, odezwały się głosy, że Papież wprost krytykuje polityczno-gospodarczą doktrynę przypisywania człowiekowi odpowiedzialności za zmianę klimatu. A przecież zabiegając o dobro wspólne, Ojciec Święty powie dosłownie: “Dziś ludzkość niepokoi się o przyszłą równowagę ekologiczną. Oceny sytuacji w tym względzie należy dokonywać z rozwagą, poprzez dialog ekspertów i znawców, bez ulegania presjom ideologicznym sugerującym pochopne wnioski..” Tego rodzaju presję ideologiczną prezydent Republiki Czeskiej prof. Vaclav Klaus, sam członek narodowego kościoła husyckiego, nazwał nową religią, ideologią zagrażającą wolności oraz światowemu porządkowi ekonomicznemu i społecznemu. 12. maja br. przemawiając w Instytucie Cato powiedział, że enwiromentalizm jest formą odgórnego kierowania społeczeństwem, na co Czesi są szczególnie uwrażliwieni, gdyż żyli pod panowaniem komunizmu. No tak, Czesi z komunizmu już wyszli i potrafią bronić się przed kolejną opresją. Czechy zajmują trzecią pozycję w świecie w wykazie państw o najwyższym wydobyciu węgla na jednego mieszkańca, Polska – szóstą. O 1/3 więcej wydobytego węgla przypada na Czecha niż na Polaka. Spalanie paliw stałych wiąże się z emisją m. in. gazów cieplarnianych, w tym wskaźnikowego dwutlenku węgla. Według ostatnich statystyk ONZ w 2004 r. na głowę mieszkańca Republiki Czeskiej przypadało 11,4 tony dwutlenku węgla, a na mieszkańca Polski – 8 ton. O 1/3 więcej emisji dwutlenku węgla przypada na Czecha niż na Polaka. Czeski patriota pan prezydent Klaus na przekór globalnej poprawności politycznej nie waha się twardo bronić interesów swojego państwa opartych o własne bogactwa naturalne a nie o importowany uran, choć już 14,3% energii w Republice Czeskiej pochodzi z elektrowni atomowej. W 2005r. w Republice Czeskiej węgiel był źródłem energii w 44,7% a w Polsce w 58,7%. Energia wodna, słoneczna, wiatrowa i geotermalna w Czechach składała się na 0,5% zaopatrzenia, a w Polsce tylko na 0,2%, pomimo udokumentowanych bogatych zasobów geotermii . Tymczasem nasi obecni przywódcy chcą pogrzebać gotowy projekt wykorzystania energii geotermalnej, który niewątpliwie miałby charakter koła zamachowego dla polskich interesów opartych o własne bogactwa naturalne – węgiel i właśnie energię geotermalną.

Zabierając głos na posiedzeniu plenarnym ONZ 24. września b. r., prezydent Vaclav Klaus wyraził wątpliwość co do tego czy zmiana klimatu jest następstwem działalności człowieka. Podobną opinię można usłyszeć od wielu niezależnych ekspertów. 12 grudnia 2007 r. stu naukowców wystosowało list otwarty do sekretarza generalnego ONZ, pana Ban Ki-Moon, stanowczo odrzucający twierdzenie jakoby można byłoby powstrzymać zmianę klimatu, która jest naturalnym zjawiskiem od wieków oddziałującym na ludzkość. Wszystkie geologiczne, archeologiczne, ustne i pisemne świadectwa potwierdzają obecność dramatycznych wyzwań, którym musiały w przeszłości stawić czoła społeczności ludzkie zagrożone nieoczekiwanymi różnicami temperatury, opadów, wiatrów i innych zmiennych klimatycznych. Nie ma możliwości znacząco zmienić klimat poprzez cięcia w zakresie emisji gazów cieplarnianych wytwarzanych przez człowieka. A co najgorsze, ponieważ usiłowania zmniejszenia emisji będą spowalniać rozwój, obecne podejście ONZ do redukcji dwutlenku węgla raczej przyczyni się do zwiększenia a nie do zmniejszenia cierpień ludzi z powodu nadchodzącej zmiany klimatu.

Ostatnie obserwacje takich zjawisk, jak topnienie lodowców, podnoszenie się poziomu mórz i migracje gatunków wrażliwych na temperaturę nie stanowią dowodu na nienormalne zmiany klimatu, ponieważ nie zdołano wykazać, aby którakolwiek z tych zmian wychodziła poza granice znanej naturalnej zmienności.

Średni przyrost ocieplenia o 0,1- 0,2 st. C w ciągu dekady zarejestrowany przez satelity pod koniec XX wieku mieści się w znanych naturalnych przyrostach ocieplenia i ochłodzenia w ciągu ostatnich 10 000 lat.

Wiodący naukowcy, w tym najwyżsi przedstawiciele Międzyrządowego Zespołu do spraw Zmian Klimatu (Intergovernmental Panel on Climate Change – IPCC), przyznają, że obecnie stosowane symulacje komputerowe nie potrafią przepowiadać klimatu. Zgodnie z tym i pomimo komputerowych projekcji wzrostu temperatury, od 1998r. nie pojawiła się żadna nadwyżka ciepła w skali globalnej. Bieżący poziom temperatury jest następstwem okresu ocieplenia z końca XX wieku i stanowi kontynuację naturalnego cyklu klimatycznego rozciągającego się na wiele dekad lub tysiąclecie.

Wśród stu sygnatariuszy powyższego listu otwartego jest dwóch naukowców z Polski: prof. dr Zbigniew Jaworowski, fizyk, przewodniczący rady naukowej Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej w Warszawie i prof. dr A. J. Tom van Loon, geolog z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Wesołych Świąt Bożego Narodzenia!

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

Felieton w Radio Maryja, 28 grudnia 2007

Szczęść Boże!

Ochrona życia i zdrowia to podstawowy cel każdej żywej istoty. Także człowieka, skoro oddanie życia za bliźniego uznaje się za dowód świętości. Dokonane ze świadomego wyboru poświęcenie własnego zdrowia i życia przez męczennika, bohatera narodowego, czy matkę nienarodzonego dziecka jest czynem wielkiej wagi, godnym powszechnego uznania i należnego rozgłosu. Święci, bohaterowie narodowi i rzesze zwykłych ludzi postępujących zgodnie z zasadami wiary, potwierdzają swoim poświęceniem wartość zdrowia i życia człowieka. Z drugiej strony biblijny zakaz zabijania, po części respektowany przez systemy wartości dalekie od chrześcijaństwa, a nawet chrześcijaństwu wrogie, znajduje swoje rozszerzenie na wszelkie przejawy okrucieństwa wobec ludzi, a także – jak najbardziej – wobec zwierząt i całej przyrody ożywionej. Poddawanie ludzi torturom, katowanie zwierząt, podpalanie lasu to różne stopnie tego samego wynaturzenia wynikającego z wystąpienia przeciwko przykazaniu NIE ZABIJAJ. Aby ze zwykłego człowieka stworzyć antyludzką bestię w mundurze SS-mana czy żołnierza Wehrmachtu, niemieckim dzieciom nakazywano zadawać okrutne cierpienia psom i kotom hodowanym przez nie od maleńkości. Aby ze zwykłego człowieka stworzyć bestię nieczułą na cierpienia ludzi, zwierząt i całej przyrody ożywionej, pół wieku później przeciwko przykazaniu NIE ZABIJAJ wytacza się argumenty prowadzące do konkluzji typu “nie zabijaj ludzi już urodzonych, ale w łonie matki to możesz”, “nie zabijaj ludzi zdrowych, ale chorych to możesz”. To tylko dwa najbardziej drastyczne wyjątki od zasady NIE ZABIJAJ, będące głównymi punktami globalnego sporu w sprawie odbierania życia ludziom bezbronnym. Wszędzie najodważniej bronią życia ci katolicy, którzy w pełni realizują naukę Kościoła, czyli prawdziwi. Pozostałe osoby, w tym te, które według własnego uznania wybierają z nauki Kościoła jakieś fragmenty, prywatnie grzeszą, a publicznie oszukują, jeśli demonstrują przy tym swoją przynależność do Kościoła Katolickiego. Nie wtrącając się w sprawy prywatne, mamy prawo potępiać oszustów, bowiem godząc się na oszustwo, stajemy się jego sojusznikami. Oszustom należy powiedzieć: lepszy jawny wróg, niż fałszywy przyjaciel.

Tzw. aborcja i eutanazja to akty jednorazowe i ostateczne dla zabitego człowieka. Walka o prawną obronę życia ludzi zabijanych w ten sposób w skali globalnej ledwo się rozpoczęła, do najbardziej ludnych krajów nawet nie dotarła. A przecież zabijanie najczęściej odbywa się powoli, po cichu, bez wiedzy ludzi zabijanych i ich opiekunów. Jest rozciągnięte na miesiące życia płodowego i lata po urodzeniu. Bywa wieloczynnikowe, z winy palącej tytoń i pijącej alkohol matki, warunków jej pracy i zamieszkania, szkodzących zdrowiu czynników chemicznych, fizycznych, biologicznych i społecznych. Za prawną ochroną życia poczętego przed aborcją musi postępować ochrona dziecka rozwijającego się w łonie matki przed działaniem czynników szkodliwych. Za prawną ochroną życia ludzi do tego stopnia chorych, że wołają o zastrzyk śmierci, musi postępować taka organizacja opieki zdrowotnej, aby wbrew regularnie składanym wyborcom deklaracjom polityków nie dochodziło do masowej nienazwanej z imienia eutanazji chorych z powodu braku dostępu na czas do lekarza. Cierpieniom trzeba nie tylko ulżyć, ale przede wszystkim zapobiegać. Zanim powali ból wynikający z choroby, zanim dojdzie do niepełnosprawności i uzależnienia od miłosiernej opieki innych ludzi, każdy z nas ma jeszcze siłę do walki o zdrowie i życie swoich bliskich i własne. Jest to przecież zachowanie zupełnie naturalne, w pełni zgodne z wszelkimi znanymi systemami wartości, z określonymi przez Dekalog na czele. Jego zaprzeczeniem jest wynikające z chwilowej ciężkiej dysfunkcji świadomości zabójstwo osoby pozostającej pod opieką lub samobójstwo. Te straszne rzeczy się zdarzają, ale, dzięki Bogu, niezwykle rzadko, o ile zło ludzi do nich nie popycha. Zwykli ludzie do końca walczą o podstawowe prawa do życia i zdrowia.

Okrągłe frazesy kampanii wyborczej coraz bardziej okazują się pustosłowiem także co do sanacji publicznego systemu opieki zdrowotnej opłacanego w formie zbieranych pod przymusem podatków i składek na Narodowy Fundusz Zdrowia. Rosnące koszty utrzymania już wkrótce odetną dostęp do świadczeń zdrowotnych nie objętych finansowaniem przez Narodowy Fundusz Zdrowia, wprawdzie drugorzędnych, ale stanowiących pewien wentyl bezpieczeństwa dla ludzi zaniepokojonych swoim stanem zdrowia. W tej sytuacji po raz kolejny muszę przypomnieć najważniejsze zagrożenia zdrowia, których można i trzeba unikać, którym można i trzeba się przeciwstawiać, z którymi można i trzeba walczyć w pojedynkę, a jeszcze lepiej razem, choćby we wspólnocie terytorialnej mieszkańców osiedla, wsi, dzielnicy lub gminy. Są to między innymi:

    * chemiczne, fizyczne i mikrobiologiczne skażenie wody wodociągowej i studziennej oraz powstałych z jej użyciem niektórych napojów i potraw
    * związane z transportem drogowym skażenie powietrza w zasięgu 500 m od jezdni, tym bardziej groźne, im bliżej tej jezdni, a przy tym wprost proporcjonalne do natężenia ruchu samochodowego
    * inne zabójcze skutki transportu drogowego, w tym hałas i drgania.
    * promieniowanie jonizujące związane z uwalnianiem radonu do powietrza mieszkań z doprowadzanej do nich wody wodociągowej
    * promieniowanie niejonizujące emitowane przez stacje bazowe telefonii komórkowej, zwłaszcza zlokalizowane w gęstej zabudowie mieszkaniowej
    * oddziaływanie energetycznych linii przesyłowych wysokiego napięcia w odległości mniejszej niż 400 m od osiedli mieszkaniowych i 200 m od pojedynczych domów, a także w strefach ochrony krajobrazu.
    * związane z działaniem hodowli przemysłowych, głównie trzody chlewnej i drobiu, skażenie powietrza, wód powierzchniowych i podziemnych oraz gleb
    * oddziaływanie składowisk odpadów komunalnych, hałd przemysłowych, spalarni odpadów i krematoriów na powietrze wdychane przez ludzi, wody powierzchniowe i podziemne stanowiące źródło zaopatrzenia ludności w wodę do spożycia, a także gleb i płodów rolnych.
    * związane z lokalizacją lotnisk w pobliżu siedzib ludzkich zabójcze dla okolicznych mieszkańców natężenia hałasu i drgań oraz groźne dla zdrowia i życia stężenia składników paliwa i spalin w powietrzu, wodach, glebach i płodach rolnych.

i wreszcie w odróżnieniu od wcześniej wymienionych zazwyczaj legalnych, oczywiście bezprawne, a

    * wynikające z bezczynności policji, prokuratury oraz organów nadzoru i kontroli przestępstwa przeciwko życiu i zdrowiu osób narażonych na skutki nielegalnych przedsięwzięć zarobkowych dokonywanych nieraz w sposób ciągły i prowadzących w otoczeniu do licznych zachorowań i przedwczesnych zgonów w związku ze skażeniem środowiska.

W nadchodzącym roku 2008 życzę wszystkim wygranej w walce o zdrowie i życie.

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat


dr Zbigniew Hałat Felietony w Radio Maryja 2005 -2016 halat.pl
dr Zbigniew Hałat, fotografia artystyczna, felietony w Radio Maryja ilustrowane od roku 2005.
Rok:
 
2005 2006 2007 2008 2009 2010
 2011 2012 2013 2014 2015 2016



ALFABETYCZNY SPIS ZAWARTOŚCI STRON INTERNETOWYCH DOMENY HALAT.PL DOTYCZĄCYCH OCHRONY ZDROWIA
ALFABETYCZNY SPIS ZAWARTOŚCI
STRON INTERNETOWYCH DOMENY HALAT.PL

DOTYCZĄCYCH OCHRONY ZDROWIA
http://halat.pl/spis.html
tel. kom. / mobile: +48 536 608 999