|
Magazyn "Obywatel", kwiecień 2003r.
Nie pozwólmy odbierać sobie zdrowia – z dr. Zbigniewem
Hałatem
rozmawia Barbara Bubula
Zdrowie narodu najwyższym prawem – proponuje Pan nowe
tłumaczenie
maksymy Cycerona “dobro ludu najwyższym prawem”. Takie przyjął Pan
motto
swego działania.
Z.H.: Gdy miałem 16 lat, okazało się, że z powodu wady
wzroku
nie będę mógł pójść do szkoły morskiej. Zainteresowałem się wtedy
chorobami
tropikalnymi, zresztą ku radości rodziców - lekarzy, którym zależało,
abym
studiował medycynę. Z podręcznika Huntera “Medycyna tropikalna”
dowiedziałem
się, że chorobom od zarania dziejów zbierającym - zwłaszcza wśród
ubogich
- śmiertelne żniwo, można obecnie przeciwdziałać za pomocą dość
prostych
czynności. Dlatego też odniesienie do ludu i jego praw stało mi się
bliskie.
Trzeba dodać, że powinności osób obdarzonych autorytetem zawodowym w
stosunku
do ludu są obecnie większe niż w czasie pozytywizmu, bo rąk do pracy
mało.
Ludzie z wyższym wykształceniem to naprawdę nikły odsetek naszej
populacji.
Zwłaszcza ci, którzy chcą wykonać jakąś swoją misję życiową a nie tylko
zarobić na chleb. Muszę przyznać, że ostatnie parę lat mnie zupełnie
politycznie
wytrąciło z równowagi. Zarówno rząd tzw. “solidarnościowy” pana Buzka,
jak i obecny rząd pana Millera, który określa się jako lewicowy,
odcięły
się od ludu w zupełności. Więc jeszcze bardziej widać potrzebę
odwoływania
się do interesów życiowych nas wszystkich, czyli rzeczonego “ludu”:
prawa
do życia, zdrowia, bezpieczeństwa w każdym wymiarze. Wokół tych spraw
ukształtowały
się narody - wspólnoty kulturowo-terytorialne, rodziny rodzin. Zdrowie
narodu to harmonijny jego rozwój, mierzony konkurencyjnym w stosunku do
innych porównywalnych narodów przyrostem naturalnym i coraz dłuższym
trwaniem
życia w zdrowiu. Kto temu przeczy, nie jest lojalny w stosunku do
swojego
narodu. Wypowiedzi, działania, a zwłaszcza brak działań wielu naszych
polityków
i urzędników można uznać za skierowane przeciwko naszemu narodowi.
Naród
np. amerykański, czy duński na to by sobie nie pozwolił.
Patronem swojego działania na rzecz zdrowia Polaków uczynił
pan Kościuszkę.
Z.H.: Kościuszko działał w sytuacji katastrofy państwa.
Wprawdzie
obce wojska nas obecnie nie najeżdżają, ale odebrana nam jest własność
i poczucie bezpieczeństwa. Jeśli chodzi o sprawy zdrowia i medycyny, to
jest sytuacja wojenna. To są lata stracone życia w zdrowiu. Od pewnego
czasu obowiązuje ocena jakości życia ludzi poprzez obliczanie
oczekiwanej
liczby lat, w których człowiek żyje w pełni zdrowia. A odnosi się to do
pewnego docelowego modelu, który według Światowej Organizacji Zdrowia w
roku 2000 opiewał na 74,5 lat. Polakom do tego modelu brakuje 8,3 lat
życia
w zdrowiu. Nawet z prasy wszystkim wiadomo, że Polacy wymierają, gdyż
według
ocen ONZ populacja Polski z 38,6 mln w 2000r. spadnie do 38 mln już w
2015r.
A jak wyglądamy w konkurencji międzynarodowej? W ramach
prowadzonej
przez ONZ oceny rozwoju cywilizacyjnego (Human Development Index)
oczekiwana długość życia stawia Polskę na 49. pozycji spośród 162
krajów
świata sklasyfikowanych w 2002 r. W klasyfikacji z roku 2001 nasz kraj
zajmował pozycję 46. W zakresie długości życia ostatnie trzy dekady XX
w. przyniosły Polsce upadek cywilizacyjny, gdyż z pozycji 27. w latach
1970-1975 spadła na miejsce 49. w latach 1995 - 2000. Pomimo niezłej
pozycji
wyjściowej Polska nie nadążała za dynamicznym przyrostem tego
podstawowego
wskaźnika rozwoju człowieka, obserwowanym w krajach znacznie uboższych.
I w tym kontekście stwierdzenia niektórych autorytetów, że
Polacy żyją
dłużej i zdrowiej, są bezpodstawne. Wydzierają one oręż ludziom, którzy
starają się o większe środki na zapobieganie chorobom i przedwczesnym
zgonom,
ochronę środowiska, bardziej sprawiedliwe wykorzystanie środków na
profilaktykę
i leczenie. Za tymi stwierdzeniami często stoi przypisywanie
największego
znaczenia stylowi życia jakoby zależnemu wyłącznie od podatności na
propagandę
czy reklamę “prozdrowotną” a nie będącemu skutkiem biedy, bezrobocia,
braku
perspektyw. Odbiera się państwu jego prerogatywy, a zwłaszcza obowiązek
zabiegania o wysoką jakość zdrowotną środowiska, produktów i usług.
Dopiero
gdy uporamy się z tym, co należy do obowiązków państwa, gdy państwo
zminimalizuje
zagrożenia i zapewni nam stabilizację socjalną, a także bezpieczeństwo
siłami swoich służb egzekwujących dobre prawo, dopiero wtedy będzie
można
przypisywać ludziom “winę” za skutki palenia tytoniu, picia alkoholu i
jedzenia tłuszczu zwierzęcego, najtańszego źródła kalorii. Co innego
bezruch.
Chodzić dla zdrowia powinien każdy, kto może, byle nie w ulicznym huku
i chmurze spalin.
Co w takim razie to państwo powinno robić, a czego nie
robi?
Z.H.: W obowiązkach tych, którzy rządzą z naszego
wyboru i za
nasze pieniądze, sprawy zdrowia i środowiska powinny być wyciągnięte z
dna szuflady i potraktowane priorytetowo. Jednak najważniejsze jest
przestrzeganie
prawa. Znaczną część życia spędziłem popularyzując prawo, ale ostatnio
ręce mi już opadły. Aby prawo działało, musi być zachowane minimum
praworządności
opartej o sprawną prokuraturę, niezawisły sąd i nieuchronność kary.
Musi
być przykład dany innym, że pewnych rzeczy nie wolno robić. W zeszłym
roku
złożyliśmy doniesienie do prokuratury na ministra zdrowia i ministra
rolnictwa
za dopuszczenie do obrotu importowanego z Niemiec ziarna z
kancero-
i teratogennym nitrofenem. Z odpowiedzi prokuratury rejonowej wynikało,
że ministrowie nie są winni, a oskarżenie ich o to, że wprowadzili
do obrotu ten produkt jest niesłuszne. Sprawa się ciągnie bez
rezultatu,
sąd okręgowy nie reaguje na zażalenie. I gdzie tu mamy państwo
praworządne?
I to w sytuacji, gdy władze innych krajów – i to wcale nie unijnych:
Czech,
Litwy, Słowacji – zakazały wówczas importu zboża niemieckiego.
Zdrowie Polaków nie poprawi się poprzez podwyższenie
składki zdrowotnej?
Z.H.: Gdy przychodzi oferent jakiegoś produktu
medycznego dla
całego kraju, czy nawet właściciel firmy malującej ściany w szpitalu i
potem odpala decydentowi odpowiednią działkę z publicznych pieniędzy,
to
nie można w nieskończoność dolewać do tego garnka, z którego i tak
wszystko
wyparowuje. Trzeba określić wreszcie dokładny koszyk gwarantowanych
przez
państwo świadczeń leczniczych - tanich i względnie niezawodnych - a
przez
to osiągalnych dla wszystkich a nie tylko dla elit politycznych lub
finansowych.
Obecny system kosztuje nas lata życia, stracone lata życia...
Ciągle zdaje się brakuje wystarczającego nacisku opinii
publicznej.
Z.H.: Brakuje chęci do egzekwowania swoich praw a
obowiązków
od tych, którzy za nasze pieniądze sprawują konkretne czynności
państwowe.
Przykładowo weźmy wodę z kranu. Nikt z nas bez badań laboratoryjnych
nie
może stwierdzić, czy ta ciecz zawiera np. substancje rakotwórcze.
Dopiero
gdy poprzez podatki złożymy się na działające na rzecz naszego zdrowia
laboratorium inspekcji sanitarnej, badanie będzie wykonane i podane do
wiadomości publicznej. Dopiero dzięki temu wyegzekwuje się od
sprzedawcy
wody odpowiednią jej jakość. Tak powinno teoretycznie być. A jak jest?
Podczas publicznej dyskusji nad fatalną jakością wody w dużych
aglomeracjach
miejskich nawet przedstawiciele NIK rozgrzeszali niesprawny system
ochrony
naszego zdrowia przed skażeniem wody do picia.
Na szczęście ludzie na wysokim poziomie świadomości społecznej
potrafią
walczyć przy użyciu dostępnych środków prawnych o swoje i swoich dzieci
prawo do zdrowego życia. Tak jak pani Alicja Gajewska spod Bolesławca,
która walczy z Kombinatem Górniczo-Hutniczym Miedzi. To są początki.
Aparat
sprawiedliwości nie może się otrząsnąć z podległości władzom lub
wielkim
pieniądzom, tradycyjnie już nie uwzględnia się strat osób
poszkodowanych.
Dla aparatu sprawiedliwości lepiej zamieść śmieci pod dywan niż
posprzątać.
Sprawy z trudem przedostają się do opinii publicznej. KGHM to przecież
potentat, oddziałuje na media – jeżeli ten koncern jest fundatorem
obchodów
iluś-tam-lecia telewizji regionalnej, to nie ma mowy, by ktoś z ośrodka
we Wrocławiu zrobił uczciwy program o tym, jak cierpią ludzie
doprowadzeni
do rozstroju zdrowia w wyniku działalności koncernu.
Wydaje się, że Polacy ciągle za mało zwracają uwagi na
postulaty
ochrony środowiska w kontekście swego stanu zdrowia.
Z.H.: Dlatego taką wagę przywiązuję do publikowania na
naszych
stronach internetowych domeny www.halat.pl wszelkich informacji
o zagrożeniach i o walce z nimi w różnych rejonach Polski. Wychodzę z
założenia,
że każdy dziennikarz w Polsce ma jednak pragnienie rzetelnego opisania
rzeczywistości. I dzięki temu przeglądowi trafi na właściwe sprawy,
gdzieś
dalej tę informację poniesie i czasem wynika z tego afera budząca
świadomość
i sumienia. Na przykład z trucicielami koło Skarżyska-Kamiennej –
ujawnionymi
dzięki działalności m. in. pani Anny Leżańskiej z Bliżyna. Okazało się,
że tamtejsza fabryka farb i lakierów przechowywała latami chemikalia w
beczkach, które zaczęły się rozszczelniać, a wypływający z nich do
rowów
toluen, ksylen i benzynę ekstrakcyjną podpalano dla zatarcia śladów, co
powodowało, że po całej okolicy snuły się toksyczne dymy. Pojawiły się
objawy ostrych zatruć, substancje toksyczne dostały się do wody. Gdyby
nie dziennikarze lokalnej prasy, nikt by się tym nie zainteresował. Im
większa czujność mediów, tym możemy czuć się bezpieczniej.
Pisze pan w jednym z artykułów o prawdziwej epidemii raka w
Polsce.
Są jakieś kłopoty z danymi statystycznymi na ten temat.
Z.H.: Nie zabiega się skutecznie o kompletność
rejestrów. Każde
rozpoznanie nowotworu złośliwego pociąga za sobą potrzebę
udokumentowania.
A jak wygląda dziś nasze lecznictwo? Jeszcze gorzej z kartami zgonów.
Jako
przyczynę wyjściową znacznie wygodniej wpisać mniej kłopotliwą niż
nowotwór
złośliwy chorobę, która rozpoczęła bieg zdarzeń chorobowych
prowadzących
bezpośrednio do zgonu. Do strajku lekarzy, którzy w roku 1997 odmówili
wypełniania kart zgonów, odnotowywano nieustanny przyrost zachorowań na
nowotwory złośliwe i nie ma powodu, by przypuszczać, że ta tendencja
zmieniła
się. Ekstrapolacja danych na lata bez sprawozdawczości oraz weryfikacja
informacji z wielu lat lekceważenia wartości statystyk medycznych nie
została
dokonana. Mamy też wyrywkowe, ale bardzo konkretne wypowiedzi
onkologów,
które każą bić na alarm. Oto co godzina 12 z nas dowiaduje się, że
ma
raka, a 9 z tego powodu umiera, przy czym 1/3 przypadków dotyczy osób
poniżej
60. roku życia. To są informacje bardzo niepokojące. Tak samo jak
spadek
przyrostu naturalnego poniżej zdolności reprodukcyjnej naszego narodu.
Na przeciwnym biegunie są Stany Zjednoczone, gdzie zarówno odnotowuje
się
dodatni przyrost naturalny, jak i wyraźnie spadła liczba zachorowań na
nowotwory złośliwe. Czyli można uzyskać efekt nawet w tak różnorodnym i
tak niezdyscyplinowanym społeczeństwie jak amerykańskie.
Czym się różni podejście amerykańskie od europejskiego? Tam
się nazywa
złoczyńcę po imieniu. Jeśli zajrzy się do internetu, to zobaczymy, jak
w ramach alarmów konsumenckich są “detalicznie” opisywane w USA
wszelkie
przypadki wprowadzenia do obrotu niebezpiecznych produktów. To jest
odkrywanie
rzeczywistości, która w Polsce jest zakamuflowana. U nas 30 do 50%
żywności,
wg danych inspekcji sanitarnej i handlowej, jest niezgodnych z normami,
a te statystyki są ujawniane po dwóch latach od zamknięcia okresu
sprawozdawczego!
Z takich danych nic nie wynika. Usiłowaliśmy ubiegłego lata wymusić na
głównym inspektorze inspekcji handlowej kontrolę soków, które wg
wieloletniej
obserwacji tej inspekcji należą do najczęściej fałszowanych produktów.
50% środków jakie wydajemy na “soki”, to pieniądze nam ukradzione.
Kiedy
doszły do nas informacje, że jedna z czołowych firm rozlewa napój
bezalkoholowy
a pisze sok na opakowaniu, to doszliśmy do wniosku, że to nie tylko
okrada
kieszeń, ale ma wpływ na zdrowie ludzi, bo przecież zamiast owocu ktoś
pije substancje chemiczne. Okazało się, że tam są jakieś uwarunkowania
polityczne, inspekcja handlowa mimo ponagleń i materiałów telewizyjnych
odpisała nam, że przedstawi wyniki kontroli... w październiku. Mamy
styczeń,
a wyników nie otrzymaliśmy.
W takim razie czy pozostała nam samoobrona?
Z.H.: Tak. Samoobrona, domaganie się należnych
informacji, stawianie
na liderów lokalnych, zajęcie się tym, jaka jest woda, jakie jest
powietrze,
jaka jest żywność. Dziś w Sejmie poseł Bronisław Dankowski pytał
ministra
rolnictwa, cytuję: “Czy stosowanie składników uszlachetniających do
wyrobów
mięsnych (przykład: 1 kg szynki, dodatki uszlachetniające: 1 kg) nie ma
wpływu na skup żywca wieprzowego? Czy rząd przewiduje zaostrzenie norm
stosowania różnych środków dodawanych do wyrobów mięsnych, na przykład
szynek? Panie ministrze, czy nie wolałby pan wędlin, szynek, wyrobów z
małych gospodarstw masarskich?”
Wprawdzie nie wiem, dlaczego w tzw. dodatkach funkcjonalnych
poseł Dankowski
upatruje możliwość “uszlachetnienia” wyrobów mięsnych, ale wielokrotnie
mówiłem, że należy pokazywać, jakie straty ponosi pewna część Polaków
na
machinacjach w produkcji żywności. Duże znaczenie mają wybory
konsumenckie.
Ludzie muszą otrząsnąć się z zafascynowania blichtrem hipermarketów.
Trzeba
pamiętać, że one żyją z zaspokajania naszych upodobań. Informacja ze
świata
jest taka: sieć McDonald’s w Wielkiej Brytanii zaczyna sprzedawać mleko
z hodowli organicznych. Klienci to wymusili. Jeżeli wymusimy nasze
prawa
na tych, którzy nam dostarczają wodę i żywność, to wiele zyskamy!
Czy jest to możliwe “prywatnymi” metodami?
Z.H.: Są liczne przykłady lokalnych działaczy: pani
Gajewska
spod Bolesławca, pani Leżańska spod Skarżyska-Kamiennej, panowie Prokop
i Sobolewski z okolic Jeleniej Góry, którzy nie chcą, aby do ich
mieszkań
była dostarczana woda z radonem. Albo ci, którzy walczą w Międzyrzecu
Podlaskim
z hałdą rtęci.
Dawniej jedzenie było ostatnią rzeczą, na której Polacy
oszczędzali.
A teraz został im zaszczepiony owczy pęd do tego, żeby kupować żywność
jak najtaniej i bez względu na jakość, a później płacić za lekarstwa.
Z.H.: Aby trzymać się jednego przykładu, powiem, że
nawet droga
szynka ma nieraz niewiele wspólnego ze znaną nam nazwą. Musimy
wiedzieć,
że kiedy kupujemy szynkę za 23 czy 25 zł, to kupujemy w tym 30 deko
mięsa
a resztę – wody. Jest pewien pan profesor, który stoi na czele jakiejś
firmy importowej. Mojemu koledze, który opisał zawartość tego rodzaju
“szynek”,
odgrażał się żądaniem odszkodowania za to, że została zniszczona marka.
Bo kolega ujawnił, że w tej szynce jest wiążący wodę izolat białka
sojowego
i to z soi modyfikowanej genetycznie. Ten profesor na tym zarabia.
Przykrywa
listkiem figowym tytułu naukowego własne interesy finansowe. Wolno mu.
Ale konsumentom wolno wiedzieć, co kupują. Na szczęście coraz więcej
ludzi
wie. Tak samo coraz więcej ludzi wie, że woda w kranie często nie
nadaje
się do picia, mimo że jest coraz droższa. Z taką sytuacją mamy do
czynienia
choćby w Gdańsku czy w Warszawie. To wręcz kryminalne przypadki. Z
doniesień
prasowych wynika, że z powodu zastosowania niewłaściwej technologii
brudy
są wymywane z rur i ludzie w Gdańsku mają ciecz niezdatną do picia. A
czemu
nikt nie ostrzega mieszkańców Warszawy i innych miast przed skażeniem
wody
po awarii sieci, nawet kiedy z kranu wysypuje się szlam i piasek?
Polski problem ze zdrowiem, wynikający z zaniedbań
cywilizacyjnych
i skażenia środowiska z czasów PRL nakłada się obecnie na problem
międzynarodowy:
globalizację handlu artykułami spożywczymi, naciski firm chemicznych i
farmaceutycznych, manipulowanie informacją o szkodliwości produktów.
Z.H.: Są nawet takie przypuszczenia, że po to
produkuje
się żywność alergenną, aby sprzedać więcej leków na alergię! Bo to
niestety
robią te same firmy. BAYER chce podobno wkrótce sprzedać swoją część
produkcji
farmaceutycznej i zająć się tylko agrochemią. Kupił AVENTIS CROP
SCIENCES,
czyli całą tą produkcję genetycznie modyfikowaną, transgeny stopniowo
wychodzą
z Ameryki do Europy. To źle rokuje. Wady globalizacji to temat rzeka, w
Polsce objęty ścisłą cenzurą wymuszoną przez polityków i reklamodawców.
Co z odpowiedzialnością osób winnych za zaniedbania w
ochronie zdrowia
Polaków ostatnich 13 lat?
Z.H.: To kosztowało naród dużo, tyle co jakieś
działania wojenne.
Główny Inspektor Sanitarny w rządzie pana Buzka, powiedział na
konferencji
już po zakończeniu swojej pracy, że rząd uniemożliwiał mu właściwe
działanie
inspekcji. Ta wypowiedź przyda się tym, którzy będą domagać się
odszkodowań
za straty, jakie ponieśli. Rząd brytyjski wypłaca odszkodowania w
przeliczeniu
na złote po 700 tys. członkom rodzin chorych lub zmarłych z powodu
wariantu
choroby Creutzfeldta-Jakoba wiązanego z chorobą “szalonych krów”. W
Polsce
nie wiemy czy i jaka będzie wysokość odszkodowania, ale pewnie będzie
wypłacone
z naszych podatków. Tak jak dotychczas wypłacane są odszkodowania za
zakażenia
szpitalne. Skoro tak, to musi się odnieść do odpowiedzialności
osobistej
ludzi, którzy byli i są winni zaniedbań w zabezpieczeniu kraju przed
szerzeniem
chorób prionowych. U nas nie tylko nie ma odpowiedzialności finansowej,
ale nie ma też odpowiedzialności karnej, co jest na porządku dziennym w
Unii Europejskiej. Ale nie ma też odpowiedzialności politycznej! I to
jest
potworne zupełnie. Żeby brnąć, brnąć, brnąć i nie ponosić żadnych
konsekwencji!
Jeśli mówimy o cierpieniach fizycznych i moralnych – wiele przypadków
raka
powodujących potworne cierpienia chorych, ich rodziny i przyjaciół – da
się przełożyć na kategorie prawne, w ramach sprawiedliwego
zadośćuczynienia
ze strony winnych. Trzeba tych ludzi rozliczyć. Rozejrzyjmy się wokół i
poszukajmy winnych choćby narażenia nas na włókna rakotwórczego
azbestu.
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, dn. 9 stycznia 2003
|