SOBÓTKA - OBRZĘD PRASŁOWAŃSKI
Zygmunt Gloger
Encyklopedia staropolska ilustrowana
Wydanie 1900-1903
Obce rzeczy wiedzieć dobrze jest, swoje - obowiązek
(Uwaga: pisownia według reguł polszczyzny z początku
w. XX)
Sobótka, Najnowsze badania wyjaśniły nam w zupełności początek nazwy
sobótki. Biskup poznański Laskarz w wieku XIV statutem swoim zakazuje tańców
nocnych w wigilje przedświąteczne, t.j. w soboty i w wigilje uroczystości,
przypadających w lecie, a zatem przed świętem Jana Chrzciciela, Piotra
i Pawła. Z zabaw tego rodzaju najwspanialszą być musiała s o b ó
t k a w okresie kategzochen świątecznym, t. j. na Zielone Świątki.
Kaznodzieja krakowski Jan ze Słupca powiada, że tańczą podczas Świątek
w lecie niewiasty, śpiewając pieśń pogańską. Stwierdza ten obyczaj, jako
jeszcze pogański, statut synodu krakowskiego z r.1408. Na sobótkę,
którą zawsze obchodzono wieczorem w sobotę przed jednem ze świąt letnich,
zbierali się jeszcze w wieku XVI wszyscy, zarówno kmiecie z wioski, jak
drużyna i szlachta ze dworu, do ognia roznieconego na pagórku za wioską,
Ta łączność obyczajowa i charakter obrzędu gromadzkiego przebija się jeszcze
w pieśni .
Jana Kochanowskiego o sobótkach w Czarnymlesie:
Tam goście, tam i domowi
Sypali się ku ogniowi.
W pieśni sobótkowej mazowieckiej słyszymy: "Tam dziewczęta się schodziły";
w pieśni znowu ludu podkarpackiego:
Kto na sobótce nie będzie,
Główka go boleć wciąż będzie.
Ponieważ sobótka jest niewątpliwie starodawną uroczystością czci słońca,
które jako źródło życiodajnego ciepła i światła od wszystkich dawnych ludów
cześć odbierało, palenie więc stosów i igrzyska gromadne przy nich obchodzili
Polacy w noc najkrótszą z całego roku, t. j. w przesilenie dnia z nocą.
Oczywiście po zaprowadzeniu kalendarza chrześcijańskiego zwyczaj starożytny
musiał się na początku lata do świąt i świętych chrześcijańskiej wiary
przystosować, w jednych więc miejscach obchodzono go na Zielone Świątki,
gdzieindziej w przeddzień św. Jana Chrzciciela. I tak przez wiele wieków
to widzimy. W r. 1468 np. król Kazimierz Jagiellończyk, na żądanie opata
benedyktyńskiego klasztoru świętokrzyskiego, zakazuje pogańskich uroczystości
(sobótek), na Łysej górze w Zielone Świątki odprawianych. Tymczasem o kilka
mil w Czarnymlesie sobótkę obchodzono około św. Jana, jak o tem wyraźnie
zaświadcza Kochanowski, który utworowi swemu nadal tytuł "Pieśń świętojańska
o sobótce" i zwyczaj ten uważa za odwieczny. "Sobótkę, jako czas niesie,
zapalono w Czarnymlesie". A dalej mówi znowu, nie widząc nic gorszącego
w zwyczaju, który bynajmniej wiary chrześcijańskiej nie obrażał:
Tak to matki nam podały,
Same znowu z drugich miały,
Że na dzień świętego Jana
Zawżdy sobótka palana.
Marcin z Urzędowa w drugiej połowie XVI w. pisze w swoim zielniku: "U
nas w wilją św. Jana niewiasty ognie paliły, tańcowały, śpiewały, djabłu
cześć i modłę czyniąc(!); tego obyczaju pogańskiego do tych czasów w Polszcze
nie chcą opuszczać, ofiarowanie z bylicy czyniąc, wieszając po domach i
opasując się nią, czynią sobótki, paląc ognie, krzesząc je deskami, aby
była prawie świętość djabelska, śpiewając pieśni, tańcując". Nazwa sobótki
nie była powszechną w Polsce. Lud np. mazowiecki i podlaski, nad Narwią
i Bugiem zamieszkały, obrzęd ten znal tylko pod mianem "Kupalnocki". U
Mazurów nadnarwiańskich w wigilję św. Jana, po zachodzie słońca, gospodynie
i dziewczęta, zebrane na łące nad strumieniem, rozpaliwszy "kupalnockę",
patrzyły czy zebrały się wszystkie; gdyby której nie było, tę uważano za
czarownicę. Następnie biesiadowały, tańczyły przed ogniem i z każdego gatunku
przyniesionych pęków ziół rzucały po gałązce w ogień, wierząc, że dym z
tych ziół zabezpieczy je od złego; resztę zabierały do domów, aby pozatykać
w strzechy chat, obór i stodół. Około północy, mocniejszy roznieciwszy
ogień, pozostałe napoje weń wlewały, a jedna z dziewcząt wieniec, uwity
z bylicy i ziół innych, rzucała na wodę strumienia, przyczem wszystkie
zawodziły prześliczną stastarodawną pieśń (ob. Wieniec, wianki):
Oj czego placzesz, moja dziewczyno?
Ach, cóż ci za niedola? i t. d.
Sobótka na Rusi zowie się Kupałą, a liczne ślady tego obrzędu z Wołynia,
Ukrainy, Litwy i Białejrusi opisali nasi zbieracze rzeczy ludowych: Marcinkowski,
Stecki, Eust. Tyszkiewicz i wlelu innych, jak u ludu polskiego uczynili
to: Kolberg, Gregorowicz, Gloger i t.d. Seweryn Goszczyński osnuł cały
poemat na tle sobótki karpackiej, a Wincenty Pol w "Pieśni o domu naszym
" opiewa "wielkie wianków święto". Piotr Chmielowski podał w Tyg. Ilustr.
(r. 1875, t. XV) obszerną rozprawę p. n. "Sobótka-zestawienie dwuch wieków
i dwuch indywidualności". Każdy naród, który chce życie własne rozwijać,
ma obowiązek w swoich zabawach, rozrywkach i widowiskach podnosić i odtwarzać
obrazy obyczajowe ze swej przeszłości i zachowywać piękne zwyczaje ojczyste,
do których należy u nas sobótka.
Maria Ziółkowska
Szczodry wieczór, szczodry dzień.
Obrzędy, zwyczaje, zabawy
Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1989
Noc świętojańska
Noc świętojańska zjawiająca się na chwilę, jasna, prawie przezroczysta,
wonna akacjami i jaśminem, zwiewna - jest porą wyjątkową. I to od zamierzchłych
czasów, kiedy nie nazywała się nocą świętojańską, bo na jej patrona, św
. Jana Chrzciciela jeszcze długo przyszło światu czekać. Ale już wtedy
była nocą zabaw. Nasi dalecy pradziadowie, wrażliwi na każdy impuls natury
jak ptaki, wyczuli w kościach i pojęli sercem to przedziwne zjawisko przesilenia
letniego. Zdjęci nagłą wesołością rozpalali ogniska, by skakać koło nich,
prowadzić korowody. Już wtedy, w okresie ustalania się prymitywnych wierzeń
religijnych uważano taniec za rzecz piękną, więcej - za czynność magiczną.
Najpierwsze tańce powstały wcale nie z radości, lecz ze strachu. Nasz daleki
protoplasta kierujący się tylko intuicją i rozumujący na podstawie wrażeń
zmysłowych - bał się wszystkiego, co go otaczało, nawet własnego cienia.
W roślinach, zwierzętach, kamieniach, w słońcu, księżycu, błyskawicach
widział złe duchy, czyhające na niego, biedaka, podstępne i zajadłe. Znał
wprawdzie i dobre duchy, ale zawsze bardziej zależało mu na przekupieniu
złych, niż na przypodobaniu się dobrym, z natury swej niegroźnym. Taniec
był jedną z możliwości przypodobania się tym złym duchom, wyprowadzenia
ich w pole, dosłownie, jak najdalej od siedzib ludzkich. Wyczyniano więc
różne tańce dla zimnego wiatru, aby powiał gdzieś daleko za góry, za lasy,
tańczono dla słońca, by nie wypaliło traw sypiących ziarnem i nie wysuszyło
wodopojów , skakano dla zwierza, aby nie pożarł myśliwego, lecz przeciwnie,
sam pozwolił pożreć się z kopytami. Skakanie koło ognia i przez ogień w
dobie przesilenia letniego jest jednym z najstarszych nabożeństw, radosnym
obrzędem ku czci słońca, "białego boga". Nie zanikło w czasach, gdy nasz
praprzodek stworzył sobie już materialną formę swoich bogów, ulepił je
z gliny na obraz i podobieństwo swoje albo wyciosał z pni drzew po borach.
Stało się jednym ze stałych świąt pogańskich, które niewiele zmieniając
formę przetrwało długie wieki i zakorzenione w tradycji licznych narodów
istnieje szczątkowo do dziś. Święto palenia ognisk było także, w czasach
odległych od naszej ery , porą powrotu na świat ludzi zmarłych. Korzystali
tu ze sposobności ogrzania wystudzonych dusz. A ludzie żywi mieli okazję
do praktykowania najrozmaitszych wróżb i guseł, którym duchy zmarłych skutecznie
patronowały.
Sobótka
Zacznijmy od znanego już w zamierzchłych czasach "stada", czyli stadnego
zbierania się ludzi na swawole, które następowały po obrządkach kultowych
ku czci "białego boga". Łukasz Gołębiowski w oparciu o stare świadectwa
relacjonuje: "Słowianie w swym tańcu mieli zapewne coś uroczystego i religijnego,
kiedy się zbierało Boże stado" kiedy z dziewiczej góry zstępowały młodociane,
przyszłe mężów oblubienice, z miejsc swoich mołojcy hoże, zamężne niewiasty
i żonaci, starce i dzieci, klaszcząc w ręce i wykrzykując Łado, Łado! wśród
pląsów i śpiewów postępowali ku horodyszczom, gdzie się odbywały ofiary,
obrządki i biesiady wspólne".
Józef Ignacy Kraszewski (l812-1887), pisarz uznany za ojca powieści
polskiej, widzi stado mniej romantycznie, z zaangażowaniem uczuciowym odtwarza
wyszukane w starych dokumentach fakty: "Szał czasem opanowywał te gromady,
i dziksze z nich szły jak stada w las, porywając gwałtownie dziewczęta;
zwano też te szały stadem; rodzina jednak każda pilnowała swoich i stała
na czatach, aby do stada nie dopuścić i od porwania bronić".
Uroczystości te nazywano na niektórych obszarach naszego kraju i u sąsiadów
na wschodzie kupalnocką, co jedni wywodzą od nocy poświęconej rzekomemu
bóstwu starosłowiańskiemu Kupale, a inni po prostu od obrzędowego kąpania
się w tę noc. Po wprowadzeniu chrześcijaństwa mądrzy kapłani, doceniający
potęgę tradycji w wierzeniach religijnych i obrzędach, postanowili włączyć
kupalnockę do kalendarza kościelnego (w nadziei rychłego oczyszczenia jej
z pogańskiego szkaradzieństwa) i oddali ją pod opiekę św. Jana Chrzciciela.
Zmiana patrona nie zmieniła jednak istoty święta związanego z wyobrażeniami
i praktykami zabobonnymi. Ludzie młodzi nadal odprawiali misteria i zabawy
"biesom jeno miłe, a Panu Bogu obmierzłe".
Sobótka jest kontynuacją stada. Ta nowa nazwa nadana została starym
zabawom w noc świętojańską już po wprowadzeniu chrześcijaństwa. Stanowi
zdrobnienie wyrazu "sobota" Początkowo bowiem na dużych obszarach naszych
ziem hasano przy obrzędowych ogniach nie w wigilię św. Jana, lecz w sobotę
poprzedzającą... Zielone świątki. Z czasem określenie "sobótka" przyjęło
się ogólnie.
Tu mała dygresja. Istnieje legenda, według której sobótka jest uroczystością
ku czci pewnej dziewicy. Krótko: Dawno, dawno, nie wiadomo ściśle kiedy,
kochało się dwoje młodych -czysta, wierna dziewica Sobótka i szlachetny,
waleczny rycerz Sieciech. Sieciech wrócił z wojny i już miał pojąć czekającą
nań Sobótkę za żonę, już nawet zapalono weselne ognie i zamierzano puścić
się w tany, gdy nagle, jak spod ziemi, wyrosła horda najeźdźców. Kto żyw,
rzucił się w wir walki. Sobótka także. Wraży pocisk trafił ją w samo serce.
Ale wroga odparto. Działo się to w noc świętojańską.
Wróćmy jednak do historii obrzędu.
Ponieważ sama należę do osób, które chętnie widziałyby Polskę ojczyzną
wszelkich prastarych zwyczajów, obyczajów, zabaw , pozwolę sobie przytoczyć
zdanie tylokrotnie, już cytowanego ks. Kitowicza, jakoby "Sobótka bez wątpienia
wzięła początek od Polaków jeszcze pogan, którzy na cześć bożków swoich
ognie palili i przez nie skakali". Ale prawda wygląda inaczej. Sobótka
znana jest.. od dawien dawna we wszystkich krajach Europy i gdzieniegdzie
poza nią. A wszędzie była nocą nie tylko zabaw , lecz i odprawiania wróżb,
i różnych innych zabobonnych abrakadabra.
Oto kilka przykładów.
Czesi, podobnie jak Polacy, przepasywali się wieńcami z bylicy i skakali
przez ognisko, co miało obronić ich przed duchami, żyjącymi wiedźmami i
wszelkim nieszczęściem, z bólami krzyża włącznie. Wierzyli również, że
popiół z ogniska, wystudzony i rozsypany na dachu, chroni domostwo od pożaru,
zasuszony wianek z bylicy stanowi niezawodny lek dla bydła, a dym ze świętego
ogniska zaostrza wzrok, "jeśli się dobrze wgryzie w wyropężone oczy". .
Węgrzy uważali, że ogień św. Jana chroni bydło przed wiedźmami i że
kto nie przyjdzie na sobótkową zabawę, będzie miał dużo ostu w jęczmieniu
i chwastów w owsie.
Serbowie po skończonej sobótce zapalali od dogasającego ogniska pochodnie
z kory brzozowej i obchodzili z nimi zagrody dla wykurzenia złych duchów
i wszelkich uroków.
W Danii i Norwegii palono ogniska na rozstajnych drogach, gdzie, jak
wierzono, zwykle spotykają się wiedźmy ze swymi ukochanymi diabłami.
W Szwecji wigilia św. Jana była jednocześnie świętem ognia i wody, więc
ogniska palono nad brzegami jezior i rzek, co sprawiało, że woda nabierała
właściwości leczniczych. Szczególnie "krostawi i parchaci" po zanurzeniu
się w niej wychodzili gładcy jak piskorze.
W Rosji skoki przez ogień odbywały się parami, a właściwie we troje,
bo para "mająca się ku sobie" niosła na ramionach figurę Kupały. Gdy figura
ta fiknęła w ogień, wróżyła koniec miłości.
W Grecji przez ognisko skakały najpierw dziewczęta wołając: "Pozostawiam
za sobą moje grzechy". Dopiero za nimi ponad ogniem i piekącymi się grzechami
dawali susy młodzieniaszkowie. Na Lesbos skakano przez ogień z kamieniem
na głowie, aby głowa była twarda, mądra i zdrowa jak kamień. Kto skakał
bez tego obciążenia, ujawniał się jako głupek albo kandydat na wariata.
Palenie ognisk w noc przesilenia letniego praktykowano było również
przez ludy mahometańskie Afryki Północnej.
W wielu krajach ludziom biednym i pokornego serca przewracało się tej
nocy w głowach: ogarniała ich nagła żądza bogactwa i wyniesienia. A że
niezrównany w mocy odkrywania skarbów zakopanych w ziemi był złoty, lśniący
jak ogień, ale widzialny tylko przez okamgnienie kwiat paproci, błądzili
po lasach, by go zdobyć. Legendy o kwiecie paproci przetrwały do dziś w
podaniach różnych ludów, z niewielkimi tylko zmianami w tekście.
W czeskich i niemieckich klechdach szczęśliwy zdobywca kwiatu paproci
powinien szukać skarbów w ciemnym borze. We francuskich - biec z tym kwiatkiem
jak z pochodnią na najwyższe wzgórze w okolicy, by tam rozgarniając ziemię
gołymi rękami odkryć żyłę złota lub drogie kamienie promieniujące niebieskawym
światłem. W rosyjskich - zerwawszy gorejący kwiat paproci rzucić go jak
najwyżej w powietrze i tam, gdzie spadnie w postaci złotej gwiazdy , szukać
skarbów. W Polsce też wielu, bardzo wielu młodzieńców ( o pannach nic nie
wiemy) opętanych łaknieniem bogactwa próbowało znaleźć kwiat paproci w
ciemnym borze. Jak dotąd nie słychać jednak, aby się to komuś udało. Może
dlatego, że niewidzialne - ale wyjące, czyniące okropny łoskot i huki -
oraz widzialne straszydła, które strzegą zazdrośnie owych skarbów, robią
wszystko, aby śmiałka do kwiatu paproci nie dopuścić. A może dlatego, że
- jak twierdzą ludzie wierzący podręcznikom botaniki, nie zbiorom bajek
- paproć nie rozkwita ognistą gwiazdką, lecz jest rośliną skrytokwiatową,
zarodnikową i na spodzie liścia ma tylko malutkie brunatne brodaweczki?
Na północnych i wschodnich obszarach naszego kraju w wigilię św. Jana
o zmierzchu po doszczętnym wygaszeniu wszelkich palenisk w całej wsi krzesano
nowy ogień. W tym celu wbijano dębowy kół w ziemię, nakładano nań ściśle
dopasowaną dębową tarczę i szybko obracano tą tarczą (robili to młodzi
ludzie na zmianę), aby wykrzesać iskry Gdy kół wreszcie od silnego
tarcia zajął się płomieniem, zapalano od niego głownie i roznoszono po
wsi nowy ogień. Tego samego wieczoru odprawiano wszędzie wróżby miłosne.
Osoby gotowe kochać, ale jeszcze nie wiedzące kogo, musiały w wielkiej
dyskrecji i w całkowitym milczeniu narwać różnych kwiatów polnych i ułożyć
je w równiankę, czyli w girlandkę. Potem o północy wziąć naczynie z wodą,
otoczyć tą równianką i patrząc w nie mówić: "Najmilszy przychodzi pić",
albo, gdy wróżył sobie chłopiec: "Najmilsza sercu niech przyjdzie i da
mi pić". Jeśli miłość była bliska, na dnie naczynia ukazywała się twarz
ukochanej osoby. Podobno niektórzy młodzieńcy widywali buziaki swoich dziewcząt
na dnie otoczonego równianką.... kieliszka.
Zioła zerwane w dzień św. Jana miały czarodziejską moc. W Kieleckiem
i na Podhalu zrywano je bardzo rano, "przed piersem ptoskiem", w innych
regionach wieczorem. Ale wszędzie musiało być dziewięć rodzajów ziół, w
tym koniecznie rumianek i kwiaty dzikiego bzu. Wito z nich wianki, suszono
pod poduszką, a następnie używano jako leku przeciwko wszelkim chorobom
ludzi i zwierząt. Zielem szczególnie mądrym w sprawach miłosnych był cząber,
pikantna roślina przyprawowa. Osoba pragnąca dowiedzieć się, czy małżeństwo
jej dojdzie do skutku, brała dwa krzaczki cząbru z ziemią i stawiało w
izbie, w niewielkiej odległości jeden od drugiego. Jeśli krzaczki przy
dalszym wzroście połączyły się z sobą, małżeństwo było zapewnione. Jeśli
nie, nie wiadomo. Najgorzej, gdy któryś z krzaczków zwiądł, bo to wróżyło
śmierć. Krzaczek po lewicy, gdy się stało do nich twarzą, wyobrażał dziewczynę,
po prawicy chłopca.
Nawet szczypiorek cebuli też miał coś do powiedzenia w tę niezwykłą
noc. Dziewczęta naznaczały kolorowymi miej nitkami kilka rosnących szczypiorków
nadając im imiona swoich adoratorów. Wierzyły, że który chłopiec najgoręcej
kocha, tego szczypiorek najbardziej urośnie do rana. Niewiasty leciwe,
gospodynie pragnące poznać, choćby w ogólnych zarysach, najbliższy los
swego domu, wybierały dwa szczypiorki. Jeden oznaczał szczęście, drugi
nieszczęście. Który więcej pchnął się w górę, ten wskazywał, czego należy
oczekiwać.
Pomiędzy godziną 11 a 12 w nocy niezawodnym wróżem stawał się również
krzew ligustrowy, pod warunkiem jednak, że skończył siedem lat. Ligustr
albo inaczej kocierpka,
krzew używany na żywopłoty, dorasta do 4 metrów wysokości. Siedmioletni
jest już w sile wieku, więc i wzrost ma odpowiedni. Kwitnie w czerwcu pachnącymi
kwiatkami. Osoba pragnąca czy jej najgorętsze pragnienia zostaną spełnione,
szła w oznaczonej porze do ligustru i starała się z zamkniętymi oczami
dosięgnąć jego kwiatów. Jeśli zdołała urwać trzy, mogła mieć nadzieję na
powodzenie.
Za najbardziej świętojańskie ziele uchodziła u nas wieków, podobnie
jak w innych krajach, bylica. Na Mazowszu, na Podlasiu i w Krakowskiem
przyozdabiano nią bramy i wejścia do budynków wierząc, że roślina ta ma
właściwości odbierania jadu złym oczom, napojonym zawiścią, zdejmowania
zadanych już uroków i leczenia chorób (zwłaszcza febry) powstałych z nasłania
diabelskiego. W Sandomierskiem dodawano do bylicy gałęzie bzu, znanego
także ze swych magicznych mocy, szczególnie w dziedzinie odpędzania upiorów.
Powszechnie panowały wierzenia, że osobom biorącym czynny udział w sobótkowych
tańcach, skokach przez ogień i, powiedzmy oględnie, innych swawolach nic
złego stać nie może aż do następnego św. Jana.
Wobec tak wybitnie zabobonnego charakteru sobótki, która uparcie nie
dawała się dostosować do chrześcijańskich wymogów, kapłani jęli zwalczać
to ludowe święto. Potępiali je w kazaniach, nie dawali rozgrzeszenia przy
spowiedzi i grozili ogniem piekielnym każdemu, kto dołożył ręki do rozpalania
pogańskich ognisk. Zakonnicy z krzyżami i zapalonymi świecami przychodzili
procesją na zabawy i rozpędzali tańcujących.
Najwcześniejszy ze znanych dotychczas zakaz urządzania sobótki, utrwalony
w dokumentach, znajduje się w zbiorze przepisów synodalnych biskupa warmińskiego
Henryka III (1373-1401). Biskup ów nie był oczywiście jedynym wysokim rangą
duszpasterzem walczącym zapalczywie z czartowskimi ogniskami. Co bardziej
wpływowi przekonywali nawet królów o zgubnym wpływie sobótek na dusze ludu.
Na przykład w roku 1468 opat benedyktyńskiego klasztoru świętokrzyskiego
nakłonił króla Kazimierza Jagiellończyka, aby ten wydał zakaz urządzania
pogańskich uroczystości na Łysej Górze (gdzie odbywały się słynne zloty
na miotłach i sejmy czarownic). Zakaz królewski nie na wiele się jednak
przydał, skoro żyjący w sto lat później Marcin z Urzędowa, ksiądz, botanik,
profesor Akademii Krakowskiej odnotowuje w swoim Zielniku: "U nas w wilią
S. Jana niewiasty ognie paliły, tańcowano, śpiewano, diabłu cześć i modły
czyniąc; tego pogańskiego zwyczaju do tych czasów w Polszcze nie chcą opuszczać,
czyniąc z bylicy ofiarowanie, wieszając ją po domach, i opasując się nią,
czynią sobótki paląc ognie, krzesząc je tarciem drzewa, aby była prawie
świętość diabelska {...).Gdzie obcego rodu zagnieździły się i przemogły
Lutry, tam sobótek odprawiać nie wolno było".
Nie tylko duchowni, ale i liczni panowie szlachta zwalczali sobótkę
jako pogański zwyczaj Panu Bogu wielce już uprzykrzony. Sprzeczali się
o nią poeci publikując na jej temat pełne uczuciowego zaangażowania utwory.
Mikołaj Rej {1505-1569) woła w swej Postylli pełen oburzenia: "W dzień
świętego Jana bylicą się opasać, a całą noc koło ognia skakać... toć...
niemałe uczynki miłosierne ! a tam nawiętsze czary, błędy w ten czas się
dzieją!".
Do obrońców tego starego obrzędu, mającego już formę zabawy ,
należy pogodny, umiejący patrzeć na świat z przymrużeniem oka, czuły na
urok przeszłości Jan Kochanowski {1530-1584). Swoją Sobótką, utworem bardzo
przekornym, gdyż wprowadzającym do poezji pierwiastek ludowy, co w XVI
wieku było wprost niezwykłe, zwrócił współczesnym uwagę na piękno tej uroczystości.
Siedząc pod wonną lipą pisał . .
Gdy słońce Raka zagrzewa,
A słowik więcej nie śpiewa,
Sobótkę, jako czas niesie,
Zapalono w Czarnym Lesie.
Tam goście, tam i domowi,
Sypali się ku ogniowi;
Bąki za raz troje grały,
A sady się sprzeciwiały.
Siedli wszyscy na murawie;
Potym wstało sześć par prawie
Dziewek jednako ubranych i belicą przepasanych.
Wszytki śpiewać nauczone,
W tańcu także niezganione...
Wśród poetów jawnie występujących w obronie sobótki był także Jan Gawiński
(ur. 1622 lub 1626, zm. ok. 16 84), który tak oto się wypowiedział : ,
... Jan święty Chrzciciel przyszedł, więc palą sobótki, A koło nich
śpiewając skaczą wiejskie młódki. Nie znoście ich zwyczajów. Co nas z wiekiem
doszło i wiekom się ostało, trzeba by w wiek poszło.
I poszło. Chociaż niektórzy twórcy, mający wpływ na kształtowani ogółu
nadal zwalczali sobótkę. Wśród nich Kasper Twardowski, wierszopis polski,
tworzący, w pierwszej połowie XVII stulecia . Wybrzydzał :
Wszyscy na rozpust, jako wyuzdani
Idą bylicą w poły przepasani,
Świerkowe drzewa zapalone trzeszczą,
Dudy z bąkami jak co złego wrzeszczą;
Dziewki muzyce po szelągu dali,
Ażeby skoczniej w bęben przybijali.
Włodarz, jako wódz przed wszystkimi chodzi,
On sam przodkuje, on sam rej zawodzi.
Za nim jak pszczoły drużyna się roi,
A na murawie beczka piwa stoi.
Co który umie, każdy dokazuje,
Ten skacząc wierzchem płomienia strychuje;
Ow pożar pali, drudzy huczą, skaczą,
Aż ich dzień zdybie, to się wzdy zobaczą (opamiętają - MZ)
Jeszcze w połowie XIX stulecia noc świętojańska płonęła sobótkowymi
ogniskami, rozbrzmiewała muzyką i śpiewem. Ale z czasem cichła coraz bardziej,
przygasała tłamszona przepisami przeciwpożarowymi i odchodziła w niepamięć
przed świtaniem nowych obyczajów. |